Biznes

Kazimierz Krupa: Dlaczego umiera warszawska Giełda Papierów Wartościowych?

Kazimierz Krupa: Dlaczego umiera warszawska Giełda Papierów Wartościowych?

Otóż Panie Marku, z tą naszą giełdą to jest tak, jak w tym dowcipie o początkującym hodowcy drobiu i konsultantach (zresztą występuje on w wielu wariantach, również np. jako żydowski szmonces z rebe w roli głównej). Otóż, początkującemu hodowcy zaczął padać drób. Żadne wizyty licznych weterynarzy i innych specjalistów nic nie pomagały, więc zrozpaczony udał się do licencjonowanych i mianowanych konsultantów.

Ci przyjechali, obejrzeli przetrzebione stado, pokiwali głowami i stwierdzili z niepozostawiającą cienia wątpliwości pewnością siebie: Szanowny Panie, aż dziw, że tak mało kurczaków Panu padło. One mają za mało miejsca (o karmieniu kurczaków nic nie mówili). Hodowca wziął kolejny kredyt, dokupił kolejne hektary ziemi, powiększył wybieg, a te, niewdzięczne cholery, dalej zdychają. Znowu hodowca wezwał drogich konsultantów.

Ci, z mądrymi minami pokiwali głowami i stwierdzili z niezmąconym spokojem: Panie hodowco, naprawdę dziwimy się, że tak mało kurczaków Panu padło (tylko połowa), one potrzebują takiego toru wyścigowego naokoło kurników. Jak pobiegają to będą takie zdrowe, że ach, szkoda gadać (o karmieniu nic nie mówili). Hodowca wziął kolejny kredyt, dokupił kolejne hektary, no i wybudował tor. A kurczaki? Co prawda wyszły na ten tor, ale przebiegły parę metrów i… zdechły.

Żeby Was już nie męczyć, nie będę tego przedłużał, powiem tylko, że w wyniku tych wszystkich konsultacji (mogłoby być ich więcej) wszystkie kurczaki zdechły, początkujący hodowca zbankrutował, ale nie zmąciło to spokoju konsultantów, którzy stwierdzili: trochę szkoda, bo my mamy jeszcze bardzo dużo bardzo dobrych pomysłów. I nie wiemy, czy wśród tych bardzo wielu bardzo dobrych pomysłów był ten, że kurczaki trzeba dobrze karmić, że trzeba się na tym znać. Choć trochę.

Bo giełda Panie Marku, to – wbrew pozorom – bardzo prosta sprawa, jak hodowanie kurczaków czy prowadzenie, powiedzmy, bazaru, targowiska. To takie miejsce, w którym jedni sprzedają, drudzy kupują. Słowem: wszyscy ze wszystkimi handlują. Z prowadzeniem takiej "platformy obrotu" jest oczywiście trochę zachodu.

Trzeba pilnować porządku, wybudować jakieś estetyczne stragany, "legalizować wagi", żeby nikt zbytnio nie kantował innych klientów, rejestrować te transakcje tak, żeby było wiadomo co jest czyje (tym bardziej, że to się szybko zmienia), no i zatrudnić dobrą ochronę, żeby nie było zwykłego złodziejstwa. Trzeba się jednak na tym znać. I tak było, tak się to kręciło do 2013 roku, tym łatwiej, że za to wszystko płacili, i to słono, sami handlujący.

Tymczasem na naszym targowisku zwanym Giełdą Papierów Wartościowych w Warszawie najpierw zlikwidowano ochronę. Nie trzeba było długo czekać by doszło do spektakularnego aktu złodziejstwa, kiedy największemu handlarzowi (OFE) ukradziono połowę jego środków. Dlaczego? Do końca nie wiadomo.

Podobno nie było pewności czy to jego pieniądze czy nie jego, a ponadto miał strasznie dużo a Państwo miało mało, to sobie wzięło. A, bo nie powiedziałem, że w roli złodzieja wystąpiło Państwo właśnie. Handel zmniejszył się znacznie, bo podaż może by i była, ale popyt znacznie się zmniejszył. A później to już poszło szybko, bardzo szybko. Wzięto się za sprzedających (spółki giełdowe), szczególnie tych, którzy mieli coś wspólnego z Państwem (tak tym złodziejem, ale już pod innym kierownictwem). I tak oto, z dnia na dzień, prezesów udających książęta na swoich księstwach zastąpili wartownicy, którzy też, co prawda, próbowali udawać książęta, ale mniej udatnie, bo krótko.

Wartownika jak to wartownika, łatwo przerzucić z miejsca na miejsce, dziś pilnuje tu, jutro gdzie indziej. Jedni wartownicy przechodzili więc dziarsko gdzie indziej, inni znikali, pojawiali się nowi. Pan Marek znowu dopytuje czy nie trzeba się na tym choć trochę znać? Panie Marku, to osobne pytanie. Skoro tak było, to widocznie nie trzeba.

Spółki niby coś robiły, ale wartownicy raczej tylko pilnowali by ktoś czegoś nie ukradł, administrowali, nie snuli dalekosiężnych planów, bo się ze spółką nie utożsamiali (za krótko byli tymi wartownikami). No więc ich, w tym snuciu planów dalekosiężnych (jako, że życie nie znosi próżni), ktoś zastąpił. A jakże, mianowany przez Państwo, tylko jednego z udziałowców spółek, ale o dużym apetycie, namiestnik.

Jak się zwał, tak zwał: minister czy inny dostojnik. I tak oto niepostrzeżenie, bez zbędnego zmieniania Kodeksu Spółek Handlowych, gdzie jak wół jest napisane, że prezes, zarząd, reprezentują spółkę na zewnątrz a ich obowiązkiem jest dbanie o interes spółki i jej akcjonariuszy, zmieniła się rola prezesów i zarządów.

Już nie dbali oni o interes spółki i jej akcjonariuszy tylko dbali o interes jednego z akcjonariuszy, czyli Państwa, nie realizowali polityki spółki tylko politykę Państwa właśnie. Na efekty, choćby w kondycji tych spółek odzwierciedlonej wyceną giełdową, nie trzeba było długo czekać – dramatycznie spadła. I tak oto spółki przestały wypełniać rolę do której zostały powołane, cel, dla którego na giełdę weszły.

To co wydarzyło się ze spółkami miało oczywiste konsekwencje dla giełdy jako całości. Obrót na rynku akcji umarł. Próbowano ratować sytuację obligacjami, ale po aferze GetBack - wszystkim przeszło. I tak oto od giełdy odwrócili się i sprzedający (liczba wycofywanych z obrotu spółek znacznie przewyższa liczbę debiutów) i kupujący (dramatyczny spadek obrotów).

To, w oczywisty sposób, przełożyło się na indeksy, które, najdelikatniej mówiąc nie rosły – mimo, że przy takiej koniunkturze powinny wręcz hulać tak, jak to się działo na innych rynkach. I tak oto giełda przestała wypełniać funkcję do której została powołana: "naszą misją jest rozwijanie efektywnych mechanizmów przepływu kapitału i towarów poprzez udostępnianie konkurencyjnych jakościowo i cenowo usług giełdowych i rozliczeniowych, spełniających potrzeby i oczekiwania naszych klientów – przedsiębiorstw, inwestorów oraz pośredników obrotu".

Przestała spełniać "potrzeby i oczekiwania (…) przedsiębiorstw, inwestorów i pośredników obrotu". Niby jest, przynajmniej budynek, ktoś tam się kręci, ale nie do końca wiadomo dlaczego i po co, niby się rejestruje ten obrót, ale coraz mniej jest do rejestrowania.

Tak więc giełda niby jest, a jakoby jej nie było. Gorzej, wydaje się, że nikomu z decydentów ona nie jest potrzebna i nie przeszkadza im, że od lat należy do najgorszych rynków na świecie. Z decydentów, podkreślmy, bo dla firm, inwestorów, ludzi rynku kapitałowego jest bardzo ważna i potrzebna.

Pod warunkiem wszakże, że spełnia swoje funkcje. W każdym razie, jak tak dalej pójdzie, a na razie wszystko wskazuje na to, że tak pójdzie jak ma iść, to jej funkcje, prędzej czy później, przejmie wirtualna platforma obrotu, a w budynku na Książęcej w Warszawie będzie można otworzyć na przykład dyskotekę. Miejsca tam pod dostatkiem. Przynajmniej będzie największą dyskoteką w Warszawie i znów będzie o niej głośno. Może w innych kręgach, ale zawsze.

, dziejesie.wp.pl