Biznes

Nowa płyta Michała Urbaniaka. O Powstaniu Warszawskim z największymi gwiazdami

Nowa płyta Michała Urbaniaka. O Powstaniu Warszawskim z największymi gwiazdami
„For Warsaw with Love” to nowa płyt Michała Urbaniaka z okazji 75. rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego.

Nagrał pan płytę „For Warsaw with Love” z okazji 75. rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego.

Pomyślałem, że warto wykorzystać okazję, aby nagrać światową płytę, ale o polskim zabarwieniu. Wysłałem do wszystkich przyjaciół muzyków krótki list z linkami do historii Powstania Warszawskiego i na płycie gram z największymi gwiazdami - Herbie Hancockiem, Marcus Millerem, Michaelem Patches Stewartem, David Gilmorem czy Lenny Whitem.

Dla pana to żaden kłopot w krótkim czasie zorganizować nagrania z najlepszymi?

Niezupełnie. Najlepsi muzycy są bardzo zajęci. Gdyby było więcej czasu, byłoby więcej gwiazd. Mało brakowało, a zaśpiewałaby Erykah Badu.

Lubi pan jej twórczość?

To przecież królowa. Raz dostałem od niej całusa. Byłem na koncercie w Szczecinie, na after party młodzi muzycy przedstawili mnie Eryce jako tego, który nagrał płytę z Milesem Davisem. Wyznała, że całe życie chciała zaśpiewać z Miles Davisem. Uściskała mnie, zdjęła z szyi naszyjnik z amuletem i założyła na moją szyję. Niestety przy tej płycie nie udało się nam zgrać czasowo.

Jaki jest pana stosunek do Powstania Warszawskiego?

Osobisty. Dzień przed wybuchem, gdy miałem zaledwie siedem miesięcy, mama wywiozła mnie z Warszawy do Piotrkowa Trybunalskiego. Udawała Niemkę, chociaż znała tylko kilka słów. Opowiadała mi o tym z dumą, pewnie w ten sposób nam życie uratowała. Pamiętam też jak przez mgłę obraz zburzonej Warszawy. Byłem bardzo mały, to jedno z najstarszych wspomnień z dzieciństwa.

To smutne wspomnienia, a płyta jest wesoła, energetyczna.

A dlaczego miałaby być smutna?

Nie wiem, czy wszyscy są gotowi obchodzić rocznicę Powstania rapując i tańcząc.

A jak czarnoskórzy obchodzą pogrzeb? Klaszczą, śpiewają, tańczą, choć serce im pęka, a łzy płyną z oczu. To jest hołd dla przodków. Energia, emocje – to jest jazz, soul i gospel.

Na płycie pojawiają się wariacje z wykorzystaniem fragmentów piosenki „Autobus Czerwony” Andrzeja Boguckiego i chóru Czejanda.

To symbol. Takim autobusem jeździłem w Warszawie do szkoły. Ja jestem człowiekiem drogi, moje życie to podróż. A wszystko zaczęło się w czerwonym autobusie.

Czy pana goście na płycie wiedzieli, z jakiej okazji grają?

Wzruszyli mnie, bo sami z siebie zainteresowali się tematyką powstania, czytali o Warszawie. Musiałem hamować zapał młodego rapera, bo zaczął wykrzykiwać po polsku „Bóg, Honor, Ojczyzna”. Wytłumaczyłem mu niuanse między pamięcią historyczną a nacjonalizmem.

Chce się panu jeszcze grać ten cały jazz?

Słowo „grać” to wielki grzech. Jazz się tworzy, Najpierw jako kompozycje, a potem w trakcie wykonywania jest to improwizowanie na zadane tematy. Jazz rodzi się na żywo. Ale rola kompozytora też bardzo ważna i często niedoceniana. Zdarza się, że wstaję w nocy, bo budzi mnie w głowie piękna melodia. Biegnę, żeby ją zapisać, i zanim się obejrzę, jest pora śniadania.

Ale czy ktoś jeszcze słucha jazzu?

Jazz dostał łatkę intelektualnej, pretensjonalnej, trudnej muzyki, trochę trąci myszką. Ale kto powiedział, że dobra i ambitna muzyka musi brzmieć trudno? Przecież w popie czy hip hopie też jest jazz. To jak dobry seks: albo się dzieje magia, albo szkoda zawracać sobie głowę. Miles Davis powiedział, że w jazzie 20 procent to nuty, a reszta to pasja i zaangażowanie.