Kultura

Gdy ofiara staje się katem

Gdy ofiara staje się katem

Waldemar Kumór poleca książkę „Komendant”

Wariat. Tak na niego mówili w partyzantce. Wariat z mandoliną. – Wariat, zagraj nam „My ze spalonych wsi” – prosili koledzy z partyzantki. Był Żydem. Niemcy zabili całą jego rodzinę. Obiecał sobie zemstę. I słowa dotrzymał.

Jego i brata ukryli dobrzy ludzie, sąsiedzi z lubelskiej wioski, zatopionej w lasach. Będzie ich pamiętał, odwiedzał, pisał listy do końca życia.

Z pozoru życie Salomona Morela to kolejna gotowa opowieść. Tylko pisać scenariusz i filmować. W przypadku tej historii – nic bardziej błędnego. Jednak Annie Malinowskiej udała się rzecz arcytrudna. Do tego trzeba wytrwałości świetnego reportera oraz wyczucia i znajomości Górnego Śląska.

Ten region przechodził przez wieki z rąk do rąk – władcy czescy, potem Habsburgowie, potem stał się pruski, potem niemiecki, potem częściowo polski, potem III Rzesza, potem znów Polska. Weźmy Katowice. W latach 20. XX wieku – przypomina Malinowska – zlikwidowano wzniesiony przez Niemców monument cesarzy Wilhelma I i Fryderyka III. W to miejsce stanął pomnik Nieznanego Powstańca. W 1939 roku Niemcy rozbili płytę z polskim napisem, w miejsce piastowskiego orła zamontowali niemieckiego czarnego orła ze swastyką.

Po II wojnie – znów wszystko się zmieniło. Za III Rzeszy urzędnicy nazistowscy odgórnie decydowali, kto jest dobrym Niemcem, folksdojczem, Polakiem, Ślązakiem. Kluczowe były grupy 1 i 2 – kto złożył taką deklarację, dostawał obywatelstwo niemieckie. Katowicki biskup Stanisław Adamski namawiał, by nie odrzucali folkslisty. Przekonywał, że to uchroni przed deportacją czy obozem. Dzięki temu ocali się polski Śląsk. Mówił to w porozumieniu z emigracyjnym rządem Sikorskiego w Londynie.

Po 1945 roku nowa ludowa władza decydowała, kto swój, kto wróg. Nie zastanawiano się, że bycie folksdojczem w Generalnej Guberni i na Śląsku to nie to samo. Nikt nie dociekał, dlaczego ktoś był w 1 czy 2 grupie. Jeśli byłeś – toś przeklęty hitlerowiec. W ten powojenny chaos wkracza Samuel Morel, przysłany przez władze, by zorganizować obóz dla Niemców w Świętochłowicach. Trafili do niego jednak głównie Ślązacy, którzy z hitlerowcami nie mieli nic wspólnego; Niemcy uciekli w strachu przed Armią Czerwoną.

Morel dostał takie zadanie, choć zwierzchnicy wiedzieli, że się do tego kompletnie nie nadawał. Być może myślał – docieka Malinowska – że do obozu trafili sami Niemcy, być może nawet ci, którzy zabili mu rodzinę. Tak opowiadał Johnowi Sackowi, amerykańskiemu dziennikarzowi, który jako jedyny z nim rozmawiał (w latach 90. wyszła jego książka „Oko za oko”). Morel się wybielał, tłumaczył ze swojego okrucieństwa. Warunki w obozie były podobne do tych w niemieckich obozach koncentracyjnych. Z podobnym systemem straszliwych kar, tortur. Obóz zamknięto, bo nie dało się opanować chorób zakaźnych. Byli więźniowie pod groźbą kary mieli zakaz opowiadania, co się tam działo.

W rozmowie z Sackiem Morel próbował przedstawić się jako współczesny Dreyfuss – twierdził, że opinie na jego temat, próba postawienia przed sądem, prośba o deportację z Izraela (gdzie wyjechał) to przejaw antysemityzmu, który zabił całą jego rodzinę.

Morel to jednocześnie ofiara i kat. Jak w tragedii antycznej, jak u Szekspira. Malinowska napisała świetną reporterską książkę. To nie jest polowanie z nagonką na Morela, ale i nie wybielająca bajka o niewinnych Ślązakach, dobrych Polakach i złych Żydach.

4/6