Kultura

Nie tylko „Stranger Things". Nostalgia za latami 80

Nie tylko „Stranger Things
Serial „Stranger Things” wyniósł braci Duffer do panteonu najpopularniejszych twórców amerykańskiej rozrywki. Reżyserzy perfekcyjnie wyczuli współczesne sentymenty. Bo coraz częściej lata 80. są kluczem do zrozumienia dzisiejszej popkultury.

„Stranger Things” jest kolażem kultury lat 80. Hołdem dla produkowanych wtedy filmów przygodowych i science-fiction, dla „Bliskich spotkań trzeciego stopnia”, „E.T”., „Poltergeista”, „Terminatora”, „Stań przy mnie”. Ale również dla muzyki z tej epoki. I kultury codziennej. Wspomnieniem mieniących się kolorami ubrań, kaset, których taśma wplątuje się w głowice walkmanów, starych samochodów. - Spielberg w latach 80 dokonał recyclingu filmów klasy B z ich latającymi spodkami i rekinami-zabójcami, podnosząc je do rangi sztuki – tłumaczył Ross Duffer w jednym z wywiadów. - Zastanawialiśmy się, czy da się zrobić to samo w nowym, serialowym medium.

Jednak Dufferowie tylko popłynęli na grzbiecie popularnego kina, w którym roi się od podobnej stylistyki. W show biznesie do głosu doszło pokolenie czterdziestolatków i to ich sentymenty zalewają ekrany. A antropologowie wskazują, że nostalgia jest jedną z najważniejszych emocji widzów przyzwyczajonych, że kliknięcie w google’ach przenosi ich do dowolnej epoki. I tak na jednego z najważniejszych komercyjnych twórców wyrósł JJ Abrams, którego „Super 8” przypominał zestaw pocztówek z przełomu lat 70 i 80. Ten sam nostalgiczny ton reżyser wniósł do swoich kolejnych blockbusterów: „W ciemności. Star Trek” czy „Gwiezdnych wojen. Przebudzenia mocy”. Karuzelą nawiązań do tej samej epoki stali się marvelowscy „Strażnicy galaktyki”, a studia i telewizje prześcigają się w remake’ach dawnych hitów, z „Pogromcami duchów” na czele i „Drużyną A” w ogonie. Teraz zaś w planach są kolejne projekty o różnym poziomie ambicji: od nowej wersji „Rób, co należy” Spike’a Lee aż po świeżą odsłonę „Dynastii”.

Dziennikarze z zachodniej prasy żartują, że od lat 80. nie powstawało tak wiele filmów, których akcja rozgrywałaby się w tej dekadzie. Jednak twórcy nie szukają w minionej epoce wyłącznie zabawnych gadżetów. Także świata, który zachował niewinność i wciąż jeszcze może pozwolić sobie na beztroskę. Cofają się w czasie, aby pokazać miłość i przyjaźń niezapośredniczone przez ekrany telefonów, sieci wi-fi i światłowody. Znajdują w przeszłości czystość i szczerość emocji. Paczki kumpli na ekranie szwendają się całymi dniami po miasteczkach zamiast siedzieć przy konsoli do gier. Przyjaciele mają tylko siebie, razem poznają rzeczywistość i uciekając od codzienności wspólnie kreują światy wyobraźni. A i dorosłość ma inne barwy. Pensja starcza na przyzwoite życie, banki nie przysyłają co miesiąc wezwań do spłaty raty kredytu. Żyje się wolniej. Technologia pachnie już nowoczesnością, komputery pobudzają wyobraźnie, lecz ciągle nie sprawują nad ludźmi kontroli. Do znajomych można zadzwonić na telefon stacjonarny, ale iPhonowy dzwonek nie odrywa ludzi nieustannie od „tu i teraz”.

Niektórzy reżyserzy jednak przypominają, że ten kolorowy świat miał też swoją mroczną stronę. Autorzy głośnego serialu „Glow” o grupie kobiet-zawodniczek wrestlingu, chętnie bawili się estetyką kiczowatych trykotów i plastikowego glamouru sprzed kilku dekad. Ale za feerią barw kryła się gorzka prawda o amerykańskim szowinizmie, sile krzywdzących stereotypów, rasizmie. I coraz częściej to nie sentymenty, lecz analogie do współczesności kierują uwagę reżyserów w stronę świata sprzed kilku dekad. Tam szukają oni zarówno układu odniesienia dla aktualnych wydarzeń, jak i źródła problemów, które dzisiaj tak mocno uwierają. Portretują Stany pod wodzą Reagana, w których na istotną postać życia publicznego wyrasta Donald Trump. Wracają do czasu, w którym sytuacja geopolityczna zaczyna budzić w mieszkańcach Stanów strach. Kiedy z mediów wyparowuje etos i siłą napędową staje się pogoń za sensacją. A na ekranie przestaje być tak wesoło, jak w piosenkach Wham! i Madonna.