Kultura

"Supernova" jasno zaświeciła w Gdyni, a Krzyształowicz znów w formie

Napięta atmosfera w Gdyni po usunięciu z konkursu głównego "Solid Gold" nie pozwala w pełni cieszyć się z pojawienia młodych, zdolnych, nieznanych jeszcze artystów. Jak Bartosz Kruhlik, który fascynującym debiutem "Supernova", zdobył serca widzów. Tragikomedią "Pan T.", opowieścią inspirowaną życiorysem twórcy "Złego", dobrą formę zaprezentował znów Marcin Krzyształowicz. Zawiódł Maciej Pieprzyca. Łudząco podobna do świetnego "Chce się żyć" historia, znów z Dawidem Ogrodnikiem w głównej roli, nie udała się twórcy.

W kuluarach gdyńskiej imprezy nastroje raczej minorowe. Po informacji o wycofaniu z konkursu głównego filmu Jacka Bromskiego "Solid Gold", kolejny miał być "Pan T." Marcina Krzyształowicza.

Jak się okazuje, powstaniu filmu "Pan T." sprzeciwił się syn Leopolda Tyrmanda - Matthew Tyrmand, w którego opinii tylko jemu wolno opowiadać o słynnym ojcu. Choć projekt na etapie scenariusza został pozytywnie oceniony przez ekspertów PISF, po zastrzeżeniach Tyrmanda juniora, PISF wycofał się z dotowania filmu i nie wsparł go obiecanymi pieniędzmi. Konflikt trwa, sprawą zajmują się prawnicy obu stron, jak poinformowali producenci obrazu. Przed nami jeszcze trzy dni festiwalu, i jeśli konflikty między twórcami a decydentami będą eskalować w takim tempie, nie wiadomo, ile filmów ostatecznie zostanie w głównym konkursie. Podobnych sytuacji nie pamiętają nawet ci, którzy na Festiwal Polskich Filmów Fabularnych przyjeżdżali jeszcze w dobie PRL-u.

Kadr z filmu "Pan T", w środku Paweł Wilczak odtwórca tytułowej roli
Najbardziej żal młodych, zdolnych, którzy przyjechali tu ze swoimi pierwszymi filmami, z debiutami aktorskimi na dużym ekranie, bo jak mawiają znawcy tematu: miarą wielkości festiwali filmowych są przede wszystkim odkrycia. Tych zaś od lat nie brakuje na najważniejszej branżowej imprezie pod szyldem X Muzy.

Powrót kina moralnego niepokoju?

"Supernowa" - ten film na pewno spodobałby się Krzysztofowi Kieślowskiemu, bo wyraźnie wyrasta z jego ducha. 33-letni Bartosz Kruhlik, (m.in. autor krótkometrażowego wielokrotnie wyróżnianego "Żaru"), zadebiutował w fabule obrazem szalenie angażującym emocjonalnie i zadziwiająco dojrzałym warsztatowo. W debiutantów mało kto odważy się inwestować, więc swój film zrealizował za niespełna półtora miliona złotych, czyli mniej więcej za połowę kosztów produkcji, mającej status niskobudżetowej. Sam napisał też scenariusz udowadniając, że to podstawa udanego dzieła filmowego.

Akcja filmu rozgrywa się jednego dnia, w jednym miejscu. Młoda kobieta z dwójką małych dzieci, idzie wiejską drogą. Chce odejść od męża pijaka, ale ten jej nie pozwala. Film to opowieść o Polsce w skali mikro - diagnozująca społeczne i polityczne podziały, świat skrajności. Widać jak bardzo ta dzisiejsza Polska uwiera młodego reżysera. Lawina zdarzeń nie pozwala widzowi na chwilę wytchnienia. Rozpacz, nienawiść, miłość, zbrodnia i zemsta. Napięcie rośnie z każdą minutą, by w końcu eksplodować.

Na dalszym planie mamy krajową politykę i sposób na obnażanie ludzie, którzy ją uprawiają. Patryk Vega mógłby się uczyć od młodego reżysera.

Na dziś film Kruhlika to pewny kandydat na nagrodę za debiut. A nawet na coś więcej.

Kadr z filmu "Supernova"

Krzyształowicz fascynuje, szwankuje obraz Pieprzycy

Oba filmy, o których niżej, podzieliły widzów na obrońców i krytyków, choć dziennikarze piszący o kinie, muszą widzieć, jak na dłoni mankamenty "Ikara..." Macieja Pieprzycy. Widzowie - niekoniecznie.

Marcin Krzyształowicz, reżyser fantastycznej "Obławy" z 2013 roku, już na wstępie "Pana T." informuje nas w napisach, że "historia nie została oparta na żadnej biografii", dzięki czemu Tyrmand junior wciąż jako jedyny, zgodnie z żądaniem, będzie władny opowiadać o twórcy "Złego". Dla każdego, kto czytał "Dziennik 1954" jest jednak oczywistym, kim jest tytułowy bohater.

Pan T. jest uznanym pisarzem, tyle, że go nie wydają, bo kocha nieprawomyślny jazz i imperialistyczny Zachód i tego nie ukrywa. Utrzymuje się z korepetycji dawanych pięknej maturzystce (świetna Maria Sobocińska)s. Pewnego dnia do sąsiedniego mieszkania wprowadza się chłopak z prowincji, który marzy o karierze dziennikarza. Sprawy się komplikują.

Akcja toczy się w powstającej z powojennych ruin Warszawie, w której donosy i kontrolowanie społeczeństwa oswajane jest wódką. W podziemiach dudni jazz, który tak kocha Pan T., a Bolesław Bierut krzyczy w przemówieniu o "skur.... inteligencji". Na zgromadzeniach naród skanduje imię przywódcy, który obiecuje wybudować "tysiąc nowych szkół na tysiąclecie".

O rzeczywistości pełnej absurdów najlepiej opowiadać w tonie ironicznym, stąd konwencja tragikomedii. Dawno nie widziany Paweł Wilczak powraca do kina w wielkim stylu. Ma w sobie tę szelmowską bezczelność, z jakiej słynął autor "Złego". Ten film pełen finezji i niedopowiedzeń, nie do każdego dotrze.

Dawid Ogrodnik w filmie "Ikar. Legenda Mietka Kosza"

Znacznie prostszy w odbiorze jest film Macieja Pieprzycy "Ikar. Legenda Mietka Kosza" inspirowany prawdziwą historią niewidomego pianisty. Mietek Kosz, który jako dziecko traci wzrok, odkrywa, że muzyka może stać się dla niego sposobem na opowiadanie świata. Gdy odkrywa jazz – ma jeden cel: zostać najlepszym pianistą w Polsce.

Kolejny film z Ogrodnikiem w roli bohatera walczącego za przeciwnościami losu wypada nieprzekonująco. Trudno nie odnieść wrażenia, że Pieprzyca odcina kupony od sukcesu "Chce się żyć". Uderza podobieństwo obu obrazów, zwłaszcza, że reżyser naciska pedał gazu do dechy, niejako wymuszając na widzu łzy. Tak manipuluje nami Lars von Trier, ale robi to z większą finezją.

Ale ma ten film też swoich wielkich obrońców, autentycznie nim poruszonych.

Czekając na "Boże ciało", (oficjalny pokaz filmu z udziałem reżysera dopiero w piątek), na najbardziej pożądany obraz 44. edycji gdyńskiego festiwalu, życzmy sobie, by jak najwięcej tytułów godziło, nie dzieliło i widzów i krytyków.