Kultura

Szansa na szczerość

Szansa na szczerość

Pokazujemy, jak ważna jest relacja, w której nie trzeba niczego udawać – o serialu „Normalni ludzie” opowiada reżyser Lenny Abrahamson.

Powieść „Normalni ludzie” Sally Rooney to jedna z najważniejszych książek roku. Opowiada historię Marianne i Connela. On jest szkolną gwiazdą sportową, ona – outsiderką z bogatej rodziny, u której matka Connela sprząta. Dziewczyny nikt w klasie nie lubi. Ale oboje po szkole potajemnie się spotykają. Nawiązuje się romans skrywany przed resztą świata. On idzie na bal maturalny z inną dziewczyną, ona nie idzie w ogóle. Potem niespodziewanie spotykają się na studiach w Dublinie. On jest kujonem, outsiderem z prowincji, ona bryluje na studenckich balangach. Znakomity serial na podstawie nominowanej do Bookera książki nakręcił Lenny Abrahamson (nominowany do Oscara „Pokój”, „Frank” z Michaelem Fassbenderem). Serial można oglądać na HBO GO.

Czytaj też: Cztery kobiety, cztery pokolenia, cztery odmienne siły. Nowa saga Joanny Bator od początku naznaczona jest zbrodnią

Newsweek: Książkę chwalono m.in. za uchwycenie lęku młodego pokolenia. Serialowa adaptacja ma swoją premierę w roku, w którym lęk dotyka wielu z nas.

Lenny Abrahamson: Dorastaniu zawsze towarzyszy lęk. Młodzi nie wiedzą, kim są. Na żadne z nurtujących ich pytań nie znaleźli jeszcze odpowiedzi. Jednak w pokoleniu bohaterów „Normalnych ludzi” te problemy przybrały na sile.

Jestem o półtora pokolenia starszy od nich, ale rozumiem ich lęk. Myślę, że premiera w trakcie pandemii dodała do naszej serialowej mikstury dodatkową przyprawę. Ludzie, którzy czuli się wyizolowani, znaleźli na ekranie wytęsknioną bliskość, bo to serial o intymności i międzyludzkim związku. O tym wszystkim, czego tak wielu z nas brakuje podczas pandemii.

Sally Rooney w książce otwarcie podejmuje temat zdrowia psychicznego. W czasie pandemii ludzie coraz głośniej mówią, że nie dają rady, że idą na terapię, biorą leki. Psychiczny kryzys przestaje być tabu.

– W serialu jest mowa o zaburzeniach psychicznych, o depresji, szczególnie u mężczyzn. To ważne, bo tę chorobę postrzega się jako mało męską. W mojej rodzinie były osoby, które z tego powodu nawet najbliższym nie zdradziłyby, że biorą antydepresanty. Dziś na szczęście ludzie czują się bardziej komfortowo, mówiąc o chorobach psychicznych, lękach, braku pewności, nadwrażliwości na świat. Te tematy nigdy nie powinny być tabu. „Normalni ludzie” mówią o nich szczerze. Szansa bycia szczerym jest ekscytująca i dla Connela, i dla Marianne. Serial pokazuje, jak ważne jest nawiązanie z drugim człowiekiem relacji, w której nie musimy niczego udawać.

Z zaskoczeniem przeczytałam, że sceny seksu w „Normalnych ludziach” wywołały gorącą dyskusję w irlandzkim programie radiowym „Liveline”. Wydawało mi się, że współcześnie Irlandia jest bardzo otwarta?

– Ludzie z mojego pokolenia pamiętają lata 80., gdy konserwatywne poglądy prezentowane w „Liveline” to był głos większości Irlandczyków. Dziś myśli tak 5 proc. obywateli, może mniej. Oczywiście za kilkanaście lat może się okazać, że Irlandia znowu zrobi się konserwatywno-prawicowa. Ale dziś mam poczucie, że straszliwe historie, w jakich maczał palce Kościół, przede wszystkim skandal pedofilski, zadziałały jak szczepionka na to wsteczne myślenie. Proszę zwrócić uwagę, że w naszym serialu w ogóle nie ma Kościoła. Czy wyobraża sobie pani, żeby 30 lat temu opowiedzieć jakąkolwiek historię osadzoną w Irlandii bez odniesień do Kościoła? W „Normalnych ludziach” bohaterowie mają rozmaite problemy, ale żaden z nich nie jest związany z religią. To prawdziwy znak zmian.

Zobacz też: Mniej scen seksu, pocałunków i statystów na planie. Tak się kręci filmy w czasach pandemii

Jest pan od lat związany z Polską. Czy eskalacja nietolerancji, jaką teraz obserwujemy, zaskakuje pana?

– Kraj płynie na fali populizmu, która zalewa zresztą cały świat. W Polsce jest to dodatkowo podszyte głęboko zakorzenionym katolicyzmem. Jestem zszokowany tym, co się dzieje w kraju. Miałem wrażenie, że wszystko zmierza w stronę dojrzałej demokracji i obyczajowej liberalizacji. I tak było przez jakiś czas. Ale żeby ten kierunek utrzymać, potrzeba generalnej poprawy warunków życia obywateli. Samo gadanie o ideałach nie wystarczy. Protesty, jakie obserwujemy w Polsce, nie zostaną zapomniane. To wpłynie także na sytuację Kościoła. Jego uścisk nie jest wieczny.

O książce Rooney często mówi się też w kontekście zderzenia klas społecznych. Mam jednak wrażenie, że główne linie podziałów przebiegają dziś gdzie indziej.

– Mamy oś biedni – bogaci, ale też oś wojny kulturowej, prawo – lewo. Rosnących podziałów nie da się zasypać, jeśli rząd dorzuca drew do ognia, tak jak w Polsce. W każdym kraju znajdzie się grupa ludzi, którzy dadzą się przekonać, że nienawiść to najlepsze wyjście. Rządzący to wykorzystują. Teraz pracuję nad kolejną adaptacją prozy Rooney, „Rozmowami z przyjaciółmi” i tam w centrum jest relacja homoseksualna. Jednym z najbardziej zatrważających zjawisk w tej fali nietolerancji, jaka przetacza się przez Polskę, jest właśnie atak na społeczność LGBTQ. I w ogóle na wszelkie relacje, które nie wpisują się w sztywną, konserwatywną normę.

Sally Rooney bywa określana jako „pierwsza wielka autorka z pokolenia milenialsów”. To grupa często wyśmiewana, traktowana protekcjonalnie przez tzw. boomerów. Pan jednak do ekranowych milenialsów podchodzi z empatią.

– Do mnie takie wąskie rozróżnianie kolejnych pokoleń niespecjalnie przemawia. Generacja Z, generacja X... Czy te kategorie mogą być początkiem inspirującej dyskusji? Gdybym jednak miał wskazać jakąś cechę wyróżniającą milenialsów, to powiedziałbym, że to ludzie urodzeni w czasach, kiedy idealizm stracił na wiarygodności. Pokolenie ich rodziców napędzało przekonanie, że świat można zmienić. Teraz ta siła zgasła. Wielkie idee zostały zdyskredytowane. Dominuje poczucie bezcelowości.

Czytaj także: Seryjni mordercy wydają książki, a on nie wyda. Woody Allen zakazany