Kultura

Życie jest jak tramwaj, trzeba wiedzieć, kiedy wysiąść. Lao Che zawiesza działalność i rusza w pożegnalną trasę koncertową

Życie jest jak tramwaj, trzeba wiedzieć, kiedy wysiąść. Lao Che zawiesza działalność i rusza w pożegnalną trasę koncertową

„Drogie Panie, Drodzy Panowie! Dryń, dryń! Dojeżdżamy na pętlę” - poinformowali po 20 latach muzycy Lao Che. Przystanki, na których zatrzymywali się przez te dwie dekady, to dziś jedne z najważniejszych w historii współczesnego polskiego rocka.

„Nie mówimy, że to koniec, że zamykamy Zespół, bo tak się po prostu nie da. Nasza przyjaźń tu się zaczęła, a prawdziwa przyjaźń nigdy się nie kończy. To był ważny i intensywny czas dla nas wszystkich. Pinezek wbitych w mapę koncertową nikt chyba nie jest w stanie zliczyć.

Dziękujemy za to, że byliście i nadal jesteście z nami. Mieliśmy ogromne szczęście mieć Was – naszych Słuchaczy” - napisali muzycy zespołu.

Zaczęło się od kresowych „Guseł” w 2002, które mało kto już dziś pamięta. A i Hubert „Spięty” Dobaczewski wspominał je bez większego sentymentu. „Newsweekowi” mówił o nich dosadnie: – Śpiewałem o jakichś wymyślonych kniaziach tubalnym głosem chóru cerkiewnego. Kurwa, co to w ogóle był za pomysł?

Z drugiej strony albumy koncepcyjne z jednym przewodnim motywem stały się na lata znakiem rozpoznawczym zespołu. I to one były zalążkiem „Powstania”, które w 2005 roku rozbiło muzyczny bank i wprowadziły Lao Che na koncertowe salony. Wbrew temu, co się zwykło potem mawiać, nie było w tym żadnego bogoojczyźnianego zapału. Raczej fascynacja młodych chłopaków powstaniem, niejednokrotnie również opowieść o głupiej, niepotrzebnej śmierci.

– O powstaniu starliśmy się opowiedzieć w sposób jak najmniej kartoflany, jak najmniej bogoojczyźniany. Chcieliśmy w nowoczesny, gniewny sposób opowiedzieć o tym, jak młodzi ludzie szli ramię w ramię ginąć, o ich okopowych lękach, o emocjach i psychice w warunkach ekstremalnych. To chyba ciekawy temat dla sztuki? Próbowałem sobie to wszystko wyobrazić i opisać w tekstach – opowiadał „Spięty”. A „Powstanie” było wyśpiewywane od małych klubów po Woodstock.

Stare miasto, Stare Miasto nanana nananana

Mamy rozkaz Cię utrzymać albo nanana nana

Wiara się rozkrochmala, wilczur się oźlił i piekło podpala

Po „Powstaniu” przyszedł czas na „Gospel”.

Jak pisał w „Newsweeku” Łukasz Saturczak, pełen biblijnych odniesień album miał być odcięciem, cyrkową płytą nagraną po ciężkim albumie o narodowym zrywie. Ale zamiast tego znowu wyszła Lao Che poważna, koncepcyjna płyta pełna starotestamentowych przypowieści w rockowym wydaniu (jak chociażby mega-energetyczny „Zbawiciel Diesel”). Takie utwory jak „Hydropiekłowstąpienie” pozwoliły zespołowi wdrapać się wysoko na listę przebojów Trójki, a „Gospel” sprzedał się tak dobrze, że nagrodzono go platyną. Spięty udowadniał tam (co miał ugruntować potem solowymi Antyszantami), że jest tekściarzem, jakich nad Wisłą mało. Dla niedowiarków historia rajskiego kuszenia w wersji z Płocka:

Raz po dobrej wódce, gdy już dobrze dniało,

wracałem ramię w ramię z Pańskiego parkanu ścianą.

Zwierzaliśmy się sobie, ja chlipałem trochę.

Że mi się nie układa, że słabo tańczę i tak w ogóle...

Wiedziałem, że na Rajskiej masz, masz Pan posesję, masz Pan sad.

Zobaczyłem jabłoń i reglamentowany jej kwiat.

Wtedy do ucha zaczął pieprzyć ktoś, ktoś kogo Pan nigdy nie lubiłeś.

-Jakby co to się wyprzesz, powiesz że po dobrej wódce byłeś.

Koncepcyjnym albumem był też „Prąd stały, prąd zmienny” z 2010 roku – w historii zespołu prawdopodobnie najbardziej eksperymentalny, ekwilibrystyczne wykręcony, klimatycznie gdzieś pomiędzy twardymi psychodelikami, a Polską lat 70/80 (m.in. poprzez wspomnienia, jak kazano wszystkim „łykać jod w płynie”):

Urodziła mnie ciotka, tak miało chyba być.

Miasteczkiem wstrząsnęła plotka, że łysych papą chcą kryć.

I była parna zima, i padał czarny śnieg.

I wszystko było opacznie.

Cudacznie żywot mój biegł.

Gdzieś po drodze były też bardziej brutalne niż na „Gospelu” potyczki z Bogiem. Na płycie „Soundtrack” z 2012 roku „Spięty” w kilku prostych słowach przyznawał się do swojego (Chryste, jakie to polskie!) szczerego, ale nie-praktykującego katolicyzmu. W wywiadach bał się, co o utworze „Dym” pomyśli ksiądz, który kilka miesięcy wcześniej ochrzcił mu w płockim kościele pięciomiesięczną córkę. Nie bez przyczyny. Przyznawał się w nim otwarcie, że w Kościele nie znajduje dla siebie miejsca i śpiewał:

Nie usłyszałem w twym domu głosu

Nie było głosu za wyjątkiem pogłosu

Na głowę sypano mi tam popiół

Popiół - a obiecano mi opium!

Po drodze członkom zespołu porodziły się im dzieci. I to – jak poprzednie doświadczenia – wywróciło muzykę Lao do góry nogami. Tytuł albumu z 2015 roku „Dzieciom” nie bez przyczyny nawiązywał do wiersza Jana Brzechwy – na krążku zaroiło się od utworów rytmicznie bliskich wierszom i wyliczankom. Na czele z „Wojenką”, na której już ojciec „Spięty” melorecytował:

Gdy dorosły chmurny - marszczy brew,

Wtedy wojna jest i psika krew.

Wojna to sport, a sport to zdrowie:

Skoki do gardła i rzuty ołowiem.

Zawsze jest powód do użycia noża,

Płock żąda dostępu do morza!

Rodzinnego Płocka, gdzie ćwiczyli, próbowali i przyjmowali dziennikarzy w kiepsko ogrzewanym garażu nigdy nie chcieli opuszczać. Tam były domy i rodziny, tam kawał historii zespołu. – Tylko po co ja mam do tej Warszawy jechać. Tu mam żonę, rodzinę. Tu gramy i próbujemy. Lao Che i ja jesteśmy płockim zespołem i niech tak zostanie – mówił Spięty dziennikarzowi „Newsweeka” Robertowi Ziębińskiemu.

Ostatnia płyta Lao Che „Wiedza o społeczeństwie” to już zdany egzamin dojrzałości. Na albumie kawałki o kapitalnym panu „Kapitanie Polska” i „Spółdzielni”. Wszystko z jakąś dziwaczną świadomością kruchości ludzkiego bytu: „Delikatny to twór, ten wór” zauważają w końcu w kawałku „Nie raj”, mając na myśli człowieka, wór z krwi i kości. „Ta płyta jest jak kubeł zimnej wody na nasze obecne patriotyczne uniesienia. Zespół mógłby się stać nowym Kultem, ale brakuje mu równie nośnych utworów” – zauważał w „Newsweeku” Jacek Skolimowski.

Krajał krawiec skórę

Na moją posturę

Fastrygował, we worek szył

Tak szył - żem ożył

A do wora - graty, gruz

Kości, krew, RH plus

Serce z duszą na ramieniu i dusza

Do smażenia w piekle na głębokim oleju

Nim powrócą do Płocka na dobre, wyruszą w trasę koncertową, na której chcą wrócić do starych kawałków (być może również do tych z „Powstania”, których od lat nie chcieli grać na koncertach, mówiąc, że to nie „Coco Jambo” do zamówienia na weselu). Zaczynają 1 lutego w Olsztynie. Kończą w kwietniu we Włocławku. No to che!