Opinie

Czy po słowach Mosbacher PiS zrozumie, że ataki na LGBT będą nas dużo kosztować?

Czy po słowach Mosbacher PiS zrozumie, że ataki na LGBT będą nas dużo kosztować?

Ambasador Georgette Mosbacher nie pozostawia wątpliwości - nagonka PiS na LGBT odbije się na inwestycjach i współpracy wojskową z USA.

„W kwestii LBGT jesteście po złej stronie historii” – stwierdziła ambasador Georgette Mosbacher w rozmowie z Marcinem Makowskim z Wirtualnej Polski. Kilka dni temu pani ambasador, wraz z 49 koleżankami i kolegami z innych ambasad w Polsce, podpisała list w obronie środowisk LGBT.

Wspólne oświadczenie zainicjowała ambasada Belgii, ale to podpis ambasador USA wywołał największe wzburzenie. No bo jak to, nasz największy sojusznik tak nas postponuje ustami swojego wysłannika? A gdzie wielka przyjaźń polsko-amerykańska, zadzierzgnięta szablami Kościuszki i Pułaskiego, a przypieczętowana naszymi miliardami dolarów, które wydajemy na baterie Patriot, F-35, a wcześniej F-16?

Czytaj też: Jarosław Kaczyński marzył o tym, by być emerytowanym zbawcą narodu. Co po sobie zostawi? [TOMASZ LIS]

Ambasador Mosbacher tłumaczy w WP polskim politykom jak krowie na rowie: „Polska posiada na Zachodzie reputację kraju nieprzyjaznego mniejszościom seksualnym”. A potem ostrzega, nie owijając w bawełnę: „To się przekłada na niekorzystne decyzje inwestycyjne. Ma również wpływ na sprawy militarne. Nie jest tajemnicą, że wielu kongresmanów jest zaangażowanych w sprawy LGBT. Te kwestie łączą Donalda Trumpa i Joe Bidena”. Wystarczy kilkanaście sekund, by znaleźć zdjęcia Trumpa z kampanii prezydenckiej z tęczową flagą jego zwolenników zrzeszonych w komitecie poparcia. Równie szybko można znaleźć niedawny tweet Joe Bidena, rywala Trumpa w obecnych wyborach, w których deklarował, że w cywilizowanym świecie nie ma miejsca na „strefy wolne od LGBT.” Nie był to wpis rzucony w eter, ot tak sobie – Biden powtórzył słowa szefowej Komisji Europejskiej z jej orędzia o stanie Unii. A odnosiły się one wprost do sytuacji w Polsce.

Klakierzy Zjednoczonej Prawicy z prawicowych mediów poczuli się oburzeni. Naczelny tygodnika „Do Rzeczy” Paweł Lisicki określił nawet ambasador Mosbacher jako „persona non grata”, a jej słowa uznał za „głupie, podłe i prymitywne”. Najważniejszy w jego tekście jest jednak fragment o tym, że USA zachowują się nie jak sprzymierzenie, a jak kolonizator Polski. Z trudem, ale jednak trzeba przyznać mu częściowo rację: niektóre wypowiedzi pani ambasador brzmią mało dyplomatycznie. Powody są dwa, za oba odpowiada Zjednoczona Prawica.

Po pierwsze, PiS i jego koalicjanci są przekonani, że w kraju można robić, co się żywnie podoba: kneblować media, szczuć na osoby LGBT, sięgać po antysemityzm – a nikt na świecie się o tym nie dowie, a jeśli nawet, nie nie powie ani nie zrobi. To myślenie rodem z czasów dyliżansów i gołębi pocztowych. Dziś to, co bąknie byle poseł czy wiceminister w studio telewizyjnym, na Twitterze albo na spotkaniu z wyborcami, lotem błyskawicy trafia do obiegu światowego. Nie da się po kryjomu puszczać oka do homofobów i antysemitów, na pokaz udając że „mamy tolerancję w naszym DNA”. Tę ściemę widzi każdy, kto ogląda trochę więcej niż tylko toporną propagandę w TVP. Widzą to również ambasadorzy, a to co widzą, przekazują w raportach do swoich rządów. A potem odpowiednio reagują na polecenie tych rządów. Ambasador Mosbacher nie uprawia tu samowolki. Jeśli strofuje władzę, to dlatego że ma takie wytyczne z centrali. Żeby pilnować pewnych standardów. A standardem w świecie cywilizowanym jest to, że władza nie dyskryminuje nikogo, a zwłaszcza osób LGBT. I że nie próbuje krępować wolności mediów poprzez np. „repolonizację”. I choć prezydentura Donalda Trumpa zostanie zapamiętana jako okres drastycznego pogłębiania podziałów w amerykańskim społeczeństwie, to na tle Trumpa nasze władze wypadają jako troglodyci.

A że wypowiedzi pani Mosbacher bywają szorstkie i bez ogródek? Jak każdy skuteczny negocjator, pani ambasador dobiera środki odpowiednie do poziomu rozmówcy – jeśli ktoś nie rozumie języka dyplomacji, trzeba mówić mu wprost, że gejów prześladować nie wolno, a łapy trzeba trzymać z daleka od wolnych mediów.

Po drugie, pani ambasador może pozwolić sobie w Polsce na trochę więcej niż gdzie indziej. Bo doskonale wie, że polska dyplomacja od pięciu lat praktycznie nie istnieje – wszak jednym z pierwszych ruchów PiS było pozbycie się fachowców z MSZ i ambasad. Minister Waszczykowski, za którego rządów rozpoczęła się ta czystka, mawiał, że dyplomacja to „gra na wielu fortepianach”. Tyle że fortepian unijny wstawił do pakamery, za to ten amerykański podłączył do koncertowego wzmacniacza i zaczął walić po klawiaturze ile sił w ramionach. Ameryka od dawna była naszym sojusznikiem, ale nigdy jeszcze nie była sojusznikiem jedynym. I władze USA doskonale wiedzą, że Polska za dużo zainwestowała w ten sojusz (także finansowo), by teraz móc się z niego wycofać. W końcu to już opłacone kontrakty wojskowe, biznesowe czy amerykańska pomoc w blokowaniu budowy gazociągu Nord Stream2.

Tymczasem unijny fortepian nadal kurzy się w pakamerze i nikomu w rządzie nie przyjdzie nawet do głowy, by go odkurzyć i zacząć równoważyć melodię, jaką gramy dla USA. To przecież oznaczałoby, że trzeba by się z Unią dogadać i odpuścić szczucie na LGBT, skok na sądownictwo itd. Czyli z deszczu pod rynnę. Tak oto PiS wpadł w pułapkę, i to na własne życzenie. Albo będzie postępował jak cywilizowana władza, albo od czasu do czasu trafi na karnego jeżyka, zbesztany przez sojuszniczą ambasador.

A przecież w Ameryce idą wybory prezydenckie. W sondażach prowadzi demokrata Joe Biden. Jeśli w listopadzie wygra, polska prawica może jeszcze zatęsknić za ambasador Mosbacher.