Opinie

Kłopotliwe analogie

Kłopotliwe analogie

Liberalno-demokratyczne środowiska polityczne i społeczne są niemrawe i ospałe, zdezintegrowane i zdezorientowane, pozbawione wigoru i zapału, a przede wszystkim świeżych pomysłów, niezdolne do skonstruowania i sformułowania wizji państwa i społeczeństwa mogącej porwać obywateli tak, jak czynią to ich antyliberalni przeciwnicy. Ci bowiem są zwarci, energiczni i dynamiczni, mają i prezentują spójną wizję całości życia publicznego, przemawiają do obywateli przekonującym i sugestywnym językiem, prą śmiało do przodu, zaspokajając ich potrzeby i trafiając w oczekiwania.

Czy to opis obecnej sytuacji w Polsce? Nie, to streszczenie analiz dokonywanych w latach międzywojennych, naznaczonych rosnącą siłą i atrakcyjnością faszyzmu. Był to główny wówczas ruch polityczny, podważający liberalno-demokratyczne założenia systemów ustanowionych po I wojnie światowej. Ów liberalno-demokratyczny porządek ustrojowo-prawny padał pod naporem faszyzmu, w jego mniej lub bardziej radykalnych wydaniach, w kolejnych europejskich państwach. A wśród publicystów i w środowiskach intelektualno-artystycznych nie brakowało ludzi równie zaskoczonych, co zauroczonych dynamiką prawicowo-nacjonalistycznego populizmu i rozczarowanych nieskutecznym oporem stawianym mu przez kręgi liberalno-lewicowe. Obecnym w nich nastrojom i ocenom dał wyraz prawdopodobnie najlepszy i najbardziej niezależny polski publicysta XX wieku Stefan Kisielewski, którego o fascynację faszyzmem czy komunizmem trudno podejrzewać: "Tymczasem "neohumanitaryści" z "Wiadomości [Literackich]", występując przeciw dogmatycznym, kluczowym systemom, nie potrafili im przeciwstawić nic pozytywnego. Zatrzymali się na postawie negatywnej, a tworząc cały system swej negatywnej dogmatyki, stworzyli najszkodliwszy ośrodek terroru: terror bezideowości [...]. A jeżeli idzie o ideologię, a raczej o brak ideologii, to przecież nikt nie uzna, że płyciutki, nie oparty na żadnych filozoficznych przemyśleniach utylitarystyczny humanitaryzm Słonimskiego można uznać za światopogląd. Toż wobec tej "ideologii" świat idei hitleryzmu choćby wydaje się imponującym gmachem" (z felietonu opublikowanego w 1935 r.).

Bezideowość, jałowość, płytkość, niedookreśloność to wady i przywary liberalnych demokratów. A po przeciwnej stronie wyrazistość, skuteczność, sprawczość, wola ("siła woli") zmian, wigor i zapał ("wola mocy") rosnących w siłę ruchów faszystowskich. Liberalna demokracja w porównaniu z pełną (czyli totalną) wizją państwa, społeczeństwa (narodu), kultury i sztuki, propagowaną przez faszyzm, wydawała się miałka, bezbarwna, nijaka, ciamajdowata, chłodna, defensywna. Antyfaszyzm to za mało, przekonywali nawet szczerzy demokraci. Całościowemu (czyli totalnemu) programowi politycznemu trzeba przeciwstawić inny całościowy (totalny?) program, zdolny porwać tłumy tak, jak czynią to charyzmatyczni przywódcy faszystowscy. Na ich tle liderzy liberalno-demokratycznych środowisk to niedojdy. Niech się uczą skuteczności od swoich nacjonalistyczno-populistycznych rywali.

Wszystkie te sformułowania i argumenty znamy z dzisiejszej publicystyki liberalno-lewicowej. Niektórzy obecni polscy publicyści tej proweniencji wypowiadają się i zachowują w sposób sugerujący, że żyjąc sto lat temu gotowi byliby dać się uwieść urokowi rodzących się wówczas prawicowo-populistycznych ruchów politycznych i ulec rozczarowaniu liberalną demokracją, a na pewno liberalnymi demokratami. Utyskują na nich, wybrzydzają, deprecjonują, w oczywisty sposób ich osłabiając wobec agresywnego autorytaryzmu. Lecz uważają, że jedynie wytykają ich słabość, a nie przyczyniają się do niej. W ten sposób torują drogę, a przynajmniej ułatwiają marsz autokratom, deklaratywnie się od nich odcinając.

Cytat z Kisiela zaczerpnięty ze wstępu do książki Pawła Maurycego Sobczaka "Polscy pisarze wobec faszyzmu"