Opinie

Pod pozorem „umacniania wolności słowa" na uniwersytetach, władza chce nałożyć im katolicko-narodowy kaganiec

Pod pozorem „umacniania wolności słowa

Jeśli nowe regulacje wejdą w życie, trudno będzie zabronić na uczelni spotkania z płaskoziemcą, antyszczepionkowcem albo zwykłym faszystą. Jedno trzeba ministrowi Gowinowi i prawnikom z Ordo Iuris przyznać: to była sprytnie pomyślana akcja.

Zaczęło się od skargi studentów z Uniwersytetu Śląskiego na wykładowczynię, prof. Ewę Budzyńską. Na zajęciach z socjologii rodziny prof. Budzyńska opowiadała rzeczy, o których zwykle słyszy się od biskupa albo antyaborcyjnego aktywisty. Miała np. porównywać żłobki do obozów koncentracyjnych oraz demonstrować przebieg zabiegu aborcyjnego na gumowych płodach (wiemy o tym od jej studentów oraz z relacji prasowych; sama zainteresowana zaprzecza, a jej prawnicy twierdzą, że tylko „przedstawiała różne punkty widzenia”).

Studenci poskarżyli się, a sprawa trafiła do rzecznika dyscyplinarnego. Już to wywołało wielką awanturę – w obronie prof. Budzyńskiej, rzekomo prześladowanej przez agresywne lewactwo za katolicko-narodowe poglądy, stanął miejscowy arcybiskup, różne organizacje katolickie, prawicowe media oraz, oczywiście, wicepremier Gowin.

Czytaj więcej: Skandal w rosyjskiej nauce? Przecież taki system mamy też u nas

Przypominam tu bardzo krótko sprawę prof. Budzyńskiej, ponieważ domniemane prześladowania wykładowczyni stały się pretekstem do sprzedania Polakom pakietu regulacji prawnych, które – pod pozorem ochrony wolności – zmierzają do drastycznego ograniczenia wolności akademickiej. Prof. Budzyńska stała się wygodnym (chociaż nieprawdziwym) przykładem istnienia rzekomej lewicowej cenzury na uniwersytetach.

Jej istnienie to stała – i stara – obsesja prawicy, głównie amerykańskiej, ale od pewnego czasu także polskiej. Prawica ma problem z tym, że przytłaczająca większość naukowców nie podziela jej poglądów. Jak wynika z amerykańskich badań, naukowcy (zwłaszcza z dyscyplin humanistycznych i społecznych) znajdują się jako grupa raczej na lewej stronie opinii publicznej. W przytłaczającej większości uważają na przykład, że to człowiek spowodował trwającą już katastrofę klimatyczną — co odrzuca duża część prawicy. Różnice poglądów dotyczą bardzo różnych kwestii jak aborcja czy akceptacja dla nieskrępowanego niczym wolnego rynku.

Prawica nie rozumie, że to nie jest przypadek – po prostu duża część prawicowej ideologii to albo religijny, albo wolnorynkowy zabobon, który ludzie racjonalnie myślący odrzucają. W dominacji lewicy na uniwersytetach doszukuje się więc spisku i cenzury. W Polsce przed ostatnimi wyborami (kiedy jeszcze wielu ludzi spodziewało się, że PiS będzie miał większość konstytucyjną) pojawiały się nawet pomysły zorganizowania przez państwo nowego uniwersytetu, z patriotyczno–narodową kadrą, wolnego od lewackich miazmatów. Można nawet trochę żałować, że nic z tego nie wyszło. Byłoby to fantastyczne widowisko, co prawda za publiczne pieniądze, ale skoro mamy już Polską Fundację Narodową, to możemy mieć także Polski Uniwersytet Narodowy im. Lecha Kaczyńskiego – dobrego nigdy nie za wiele. Nauce ów PUN by dużo nie zaszkodził, bo nie miałby z nią wiele wspólnego, a opinia publiczna miałaby dodatkową rozrywkę. Moglibyśmy też nim bawić zagranicę. PUN czytałby się nawet dobrze po angielsku (ang. „pun” – żart, dowcip).

Zobacz: Polska Fundacja Narodowa znów pokazała, jak bardzo jest zbędna

Ograniczanie wolności pod pozorem ochrony wolności

Ponieważ jednak PUN pozostał w sferze mocarstwowych fantazji, prawica zabrała się za grzebanie w wolności akademickiej. Zrobiła to pod pozorem jej ochrony. Minister Gowin zaproponował, posiłkując się przy tym projektem Ordo Iuris, wprowadzenie do ustawy o szkolnictwie wyższym zapisów o „ochronie wolności badań”. To dziwne, bo są już w konstytucji, ale, jak wiadomo, Zjednoczona Prawica z konstytucją jest nieco na bakier. Oprócz tego znajdą się tam również mechanizmy odwołania od decyzji władz akademickich — np. rektora — o odwołaniu publicznych spotkań, wykładów czy zgromadzeń.

A zatem: jeśli np. Katolickie Stowarzyszenie Studentów Walczących z Szatanem im. Wandy Półtawskiej zaprosi na wykład na Uniwersytecie w Gogolinie zwolennika teorii o płaskiej ziemi, a rektor na nie nie zezwoli, studenci będą mogli się odwołać. Najpierw do komisji uczelnianej, złożonej z siedmiu pracowników naukowych ze stopniem co najmniej doktora. Później zaś do komisji ministerialnej, zorganizowanej przy Radzie Głównej Nauki i Szkolnictwa Wyższego. W jej skład wchodziliby przedstawiciele delegowani przez różne ciała — np. przez Krajową Reprezentację Doktorantów – ale wybierani przez ministra z przedstawionych mu kandydatów.

Na czym polega problem? Na naruszeniu autonomii uczelni. Rektor, wybierany przez społeczność akademicką, decyduje, jakie imprezy publiczne są dopuszczalne w jej murach. Dodajmy, że dotąd rektorzy bardzo wstrzemięźliwie korzystali z tej władzy. Odwoływano głównie imprezy z politykami skrajnej prawicy (takimi jak Grzegorz Braun i Dobromir Sośnierz), ale także z uzdrowicielami czy jasnowidzami oraz amerykańskimi działaczami antyaborcyjnymi.

Zobacz więcej: Dlaczego wierzymy w teorie spiskowe, a walka z nimi jest tak trudna?

Dlaczego wszystkim tym osobom tak zależy na spotkaniu ze studentami na uniwersytecie? Ponieważ mury uniwersytetu ich uprawomocniają. Nadają ich nienaukowym poglądom na temat aborcji czy jasnowidzenia nimb czegoś, co znajduje swoje miejsce w akademii obok prawdziwej fizyki czy filozofii. Nauka się przed tym broni — i to tak bardzo boli prawicę, że podnosi histeryczny wrzask o „cenzurze”.

Oczywiście nikt tu nikogo nie cenzuruje. Żyjemy w demokratycznym kraju i płaskoziemcy oraz antyaborcjoniści mogą w nim mówić i publikować, co chcą. Nie mogą tego jednak robić na uniwersytecie i to jest dla nich problem. Ale to ich problem, a nie cenzura.

Teraz komisja z nominatów ministra będzie mogła nakazać rektorowi dowolnej uczelni, żeby zezwolił na spotkanie, na które się nie zgadza duża część społeczności akademickiej. Wykład płaskoziemcy na wydziale astronomii? Dlaczego nie?

Czytaj także: Niewygodna prawda o habilitacjach. Co Ministerstwo Nauki usiłuje ukryć przed młodymi naukowcami?