Polska

19-latek podczas driftu wjechał w tłum. Nie trafi do więzienia, ale za kierownicą długo nie usiądzie

19-latek podczas driftu wjechał w tłum. Nie trafi do więzienia, ale za kierownicą długo nie usiądzie

Rok więzienia w zawieszeniu na cztery lata, grzywna w wysokości trzech tysięcy złotych i zakaz prowadzenia pojazdów przez 10 lat – taki wyrok usłyszał 19-letni Damian, który w ubiegłym roku wjechał w tłum w centrum Stargardu (Zachodniopomorskie). To wyrok tylko trochę wyższy od tego, który proponował dla siebie sam oskarżony i dużo niższy od tego, jakiego oczekiwał prokurator.

- Ten wyrok jest dla nas korzystny - nie ukrywał adwokat oskarżonego Przemysław Gac.

Z kolei prokurator nie był zadowolony. - Wyrok nie jest zgodny z naszymi założeniami. Będziemy zastanawiać się teraz nad ewentualną apelacją - przekazała Sabina Urban Szydłowska z Prokuratury Rejonowej w Stargardzie.

Do feralnego zdarzenia doszło 18 sierpnia 2018 roku przed godziną 23 właśnie w Stargardzie (woj. zachodniopomorskie). Damian M., kierując srebrnym autem marki BMW, próbował wykonać manewr wejścia w kontrolowany poślizg na rondzie na placu Wolności – fachowo nazywa się to driftem. Stracił jednak panowanie nad autem, uderzył w krawężnik, który wybił go w górę, a potem wpadł na barierki, za którymi stał tłum gapiów.

W wypadku poszkodowanych zostało osiem osób, kilka ciężko. 19-latek usłyszał zarzut sprowadzenia katastrofy w ruchu lądowym. Groziło mu do 10 lat więzienia.

"Zawody driftowe" na miejskim rondzie

Świadkowie zdarzenia twierdzą, że wcześniej na portalu społecznościowym zostało opublikowane zaproszenie na nielegalną imprezę. Na jednym z portali ktoś z fałszywego konta założył wydarzenie o nazwie "Zawody driftowe - plac wolności vol.1" (pisownia oryginalna - red.).

Proces 19-letniego Damiana M., który wjechał w tłum ludzi, rozpoczął się na początku sierpnia tego roku. Nastolatek już wtedy przyznał się do spowodowania wypadku. Odmówił jednak składania wyjaśnień i odpowiedzi na pytania.

We wrześniu postulował, że dobrowolne podda się karze. Jego adwokat zaproponował 11 miesięcy więzienia w zawieszeniu na trzy lata. Na takie rozstrzygnięcie zgodziły się osoby poszkodowane w wypadku. Sprzeciw wyraziła jednak prokuratura, która uważa, że ta kara byłaby zbyt niska. Proces kontynuowany był więc w normalnym trybie.

Prokurator się nie zgodził

- Prokurator rejonowy w Stargardzie nie wyraża zgody na proponowane warunki wskazane we wniosku z uwagi na okoliczności czynu, kwalifikacją prawną, która jest tutaj zarzucona, surową karę grożącą za ten czyn, jak również dużą dysproporcję między karą zaproponowaną we wniosku, a karą, jaka jest uzgodniona przez prokuratora prowadzącego sprawę - powiedziała na rozprawie prokurator Danuta Iwanicka-Żwańska i dodała, że o negocjacjach "nie może być mowy".

- Nie zachował on należytej ostrożności, nie dostosował prędkości do warunków panujących w ruchu, a ponadto celowo odłączył system antypoślizgowy zainstalowany w pojeździe – wylicza Joanna Biranowska-Sochalska z Prokuratury Okręgowej w Szczecinie.

W areszcie spędził miesiąc – po wpłaceniu kaucji w wysokości 10 tysięcy złotych odpowiadał z wolnej stopy.

Samochód mamy, prawo jazdy od pół roku

Podczas wyjaśnień, które młody kierowca składał w trakcie śledztwa, twierdził, że jechał maksymalnie 60-70 km na godzinę, samochód należy do jego mamy, a prawo jazdy ma pół roku. Przekonywał także, że do wypadku przyczyniły się dziury na drodze. System kontroli trakcji wyłączył, bo "tak się jedzie lepiej".

Wyjaśniał także, że nie brał udziału w żadnej nieoficjalnej imprezie, nie chciał się popisywać. Jechał tylko po kolegę.

Jego obrońca, Przemysław Gac nie zgadzał się z kwalifikacją czynu, którą przedstawiła prokuratura. Jak twierdzi 19-latek nie chciał spowodować wypadku - nie działał świadomie - i do ostatniego momentu starał się uniknąć zderzenia.

- Mamy do czynienia z osobą młodą, która popełniła błąd. Poważny, ale pojedynczy błąd - przekonywał wtedy Gac.

"Kiedy policja odjechała, wszystkim puściły wodze fantazji"

Jak przekazał nam tuż po wypadku komisarz Łukasz Famulski z Komendy Powiatowej Policji w Stargardzie, policjanci nie mieli w tym dniu zgłoszonej żadnej imprezy odbywającej się w centrum Stargardu.

Mieszkańcy miasta przekazali nam jednak, że policja była na miejscu i była świadoma tego, co się dzieje. - Auta krążyły i te samochody próbowały wyczyniać jakieś dziwne sztuczki. To znaczy latać bokiem, driftować. Stwarzały zagrożenie i to wszystko było na oczach policji - opisywał nocne wydarzenia młody mężczyzna. - W momencie, kiedy policja odjechała, wszystkim puściły wodze fantazji i to spowodowało, że jest wypadek - dodał.

Rzeczniczka policji w Szczecinie Irena Kornicz, pytana o to przez TVN24, podkreśliła, że funkcjonariusze nie mieli "oficjalnego zgłoszenia dotyczącego jakiejkolwiek zorganizowanej imprezy, która miała się odbyć na tym terenie". - Nie mieliśmy też żadnego zawiadomienia od obywateli - dodała.

- Policjanci sami ustalili, że może dojść do naruszenia prawa z zakresu ruchu drogowego w tym miejscu. Dlatego też sami podjęli decyzję o tym, że zostaną tam wysłane załogi. Tak też się stało. W momencie, kiedy byli tam policjanci, a byli na miejscu kilkadziesiąt minut, nie doszło do żadnego naruszenia prawa - tłumaczyła wtedy Kornicz.