Polska

Choroby płuc w czasach pandemii. Co z pacjentami?

Choroby płuc w czasach pandemii. Co z pacjentami?

Dla pacjentów z przewlekłymi chorobami płuc większym zagrożeniem niż sama infekcja koronawirusem jest złe leczenie choroby podstawowej.

Dla chorych na mukowiscydozę pandemia trwa całe życie. Oni zdają sobie sprawę, że każde nadkażenie wirusowe czy bakteryjne dróg oddechowych przyspiesza chorobę. Są więc przyzwyczajeni do tego, aby unikać kontaktu z osobami, które mogą roznosić zarazki. Noszą maseczki i stosują dezynfekcję rąk. Zanim wprowadzono restrykcje związane z koronawirusem, chorzy na mukowiscydozę byli już przygotowani do epidemii.

– Paradoksalnie nam też było trochę łatwiej niż innym szpitalom przestawić się na zmiany w związku z epidemią – mówi prof. Dorota Sands, prezes Polskiego Towarzystwa Mukowiscydozy. W szpitalu w Dziekanowie Leśnym, gdzie pracuje prof. Sands, są wyłącznie sale jednoosobowe, w których może przebywać tylko jeden pacjent z rodzicem.

Te zasady postępowania z chorymi na mukowiscydozę okazały się skuteczne w dobie pandemii. – Z rejestrów europejskich wynika, że stosunkowo niewielu chorych na mukowiscydozę zostało zakażonych koronawirusem, a większość tych, którzy mieli COVID-19, przeszli chorobę nie najciężej, a mieliśmy naprawdę czarne wizje – mówi prof. Sands. Profesor uważa, że zadziałały tu nie tylko skuteczne zabezpieczenia przed koronawirusem. – Dzięki postępom w rozpoznawaniu i leczeniu tej choroby nasi pacjenci są dłużej w lepszym stanie zdrowia – dodaje prof. Sands. Ponadto na mukowiscydozę chorują stosunkowo młodzi ludzie. Mediana wieku chorych w momencie zgonu wynosi w Polsce 24 lata.

Czytaj też: Lekarze z Zabrza przeszczepili płuca pacjentowi choremu na Covid-19. Znamy kulisy nowatorskiego zabiegu

Nie jest to jednak powód do radości. W wielu krajach Zachodu chorzy na mukowiscydozę żyją dłużej niż w Polsce, np. w USA średnio ponad 37 lat. To m.in. zasługa nowoczesnych terapii, które u nas są niedostępne. – W Polsce u chorych na mukowiscydozę stosowane są leki objawowe. Nie objęte są refundacją leki przyczynowe, dzięki którym lepka wydzielina zatykająca drogi oddechowe jest mniej lepka. Poprawia to funkcjonowanie płuc, a chorym ułatwia oddychanie – wyjaśnia prof. Sands.

Lepki śluz, który powstaje u chorych na mukowiscydozę zatyka m.in. drogi oddechowe. Chorzy często kaszlą, aby pozbyć się gęstej wydzieliny, która utrudnia oddychanie, ale także jest doskonałą pożywką dla bakterii. Osoby dotknięte mukowiscydozą są więc niekiedy przez innych traktowani jak zakażeni koronawirusem.

Podobnie bywają odbierani chorzy z tętniczym nadciśnieniem płucnym (TNP), bo jednym z objawów tej choroby jest duszność. – Duszność u nich co prawda ma inny charakter niż w COVID-19, ale skupienie się całego systemu opieki zdrowia na walce z koronawirusem utrudnia diagnostykę pacjentów z przewlekłymi chorobami. Dotyczy to zarówno pacjentów z TNP, jak też chorych z nowotworami płuc – mówi prof. Marcin Kurzyna z Kliniki Krążenia Płucnego, Chorób Zakrzepowo–Zatorowych i Kardiologii CMKP w Europejskim Centrum Zdrowia w Otwocku.

Czytaj również: Leczenie klimatem. Jak działa medycyna uzdrowiskowa?

Na początku pandemii chorzy na mukowiscydozę rezygnowali z zaplanowanych wizyt kontrolnych, a przy zaostrzeniu choroby dłużej zwlekali ze zgłoszeniem się do szpitala. – Pacjenci z TNP także przestraszyli się koronawirusa i nie widywaliśmy ich zbyt często w naszym ośrodku – mówi prof. Kurzyna. W kontrolowaniu choroby pomogła szybka reakcja Ministerstwa Zdrowia i zmiana zasad wydawania leków w ramach programów leków. Leki mogły odbierać rodziny chorych, a nie wyłącznie pacjenci podczas wizyty w ośrodku.

Pacjenci ciężko chorzy na TNP jeszcze przed pandemią zostali objęci programem, w ramach którego otrzymują terapię lekami z trzech grup terapeutycznych. Nie udało się zakończyć przed pandemią procesu refundacyjnego leku doustnego. – Objęcie go refundacją byłoby wyjątkowo przydatne dla pacjentów na wcześniejszym etapie choroby. Otrzymywaliby terapię w 100-proc. doustną, bo na razie wszystkie schematy trójlekowe zakładają podawanie leków dożylnie, podskórnie lub wziewnie. Systemy dożylne lub podskórne wymagają większego nadzoru przez pracowników medycznych, a także powodują większą liczbę powikłań i zmuszają pacjentów do hospitalizacji - mówi prof. Kurzyna.

Ryzyko zachorowania na COVID pacjentów z TNP nie jest większe niż innych osób, podobnie jak jest to w większości przewlekłych chorób płuc. Niestety rokowanie w przypadku zakażenia, jest bardzo niepewne. - W Polsce śmiertelność z powodu COVID-19 w ogólnej populacji wynosi ok. 3 proc., a u pacjentów z TNP – 10 proc., ale to i tak mniej niż intuicyjnie byśmy się spodziewali, bo tętnicze nadciśnienie płucne to ciężka choroba płuc, która uszkadza serce, a infekcja koronawirusem także atakuje i płuca, i serce – mówi prof. Kurzyna.

Podczas pandemii wizyty u lekarzy zostały zamienione na teleporady, ale w Polsce jest to niemal wyłącznie rozmowa przez telefon. Nie ma bardziej zaawansowanych systemów, które umożliwiłyby przesyłanie choćby tylko podstawowych informacji medycznych, jak ciśnienie, tętno, nasycenie krwi tlenem, liczba oddechów. - Na początku wakacji , gdy strach przed pandemią nieco zelżał, pacjenci zaczęli przyjeżdżać do szpitala na badania, niedostępne na początku pandemii. Zdali też sobie sprawę, że większym zagrożeniem jest nieoptymalne leczenie choroby podstawowej, niż sama infekcja koronawirusem – mówi prof. Kurzyna.

Czytaj też: Przez pandemię część seniorów przerwała leczenie [RAPORT]