Polska

"Niech toną". Bojanowski: ten reportaż jest wstrząsający, ciężko mi patrzeć na te obrazy

Ta misja miała trwać trzy tygodnie. Okazało się, że trwała o wiele dłużej. Po tym, jak udało nam się uratować 32 osoby płynące pontonem, który zaczął się rozpadać, nie mogliśmy dobić do żadnego portu - mówił we "Wstajesz i wiesz" dziennikarz "Faktów" TVN Wojciech Bojanowski. Przez kilka tygodni był członkiem załogi statku organizacji pozarządowej Sea Watch 3, który ratuje migrantów na Morzu Śródziemnym. Jego reportaż "Niech toną" będzie można zobaczyć w sobotę o godzinie 20, w "Superwizjerze" w TVN24.

Wojciech Bojanowski mówił w czwartek we "Wstajesz i wiesz" w TVN24, że jego reportaż opowiada o ludziach, którzy szukają lepszej przyszłości w Europie, o migrantach próbujących w prowizorycznych łodziach i na pontonach dostać się przez Morze Śródziemne do Europy.

- Moim zdaniem ten reportaż jest wstrząsający. Ja już nad kilkoma historiami pracowałem, ale muszę powiedzieć, że ciężko mi patrzeć na te obrazy - przyznał dziennnikarz.

W zeszłym roku przed świętami Bożego Narodzenia Bojanowski wypłynął na południe Morza Śródziemnego z organizacją pozarządową Sea Watch.

- Ta misja miała trwać trzy tygodnie. Okazało się, że trwała o wiele dłużej. Po tym, jak udało nam się uratować 32 osoby płynące pontonem, który po prostu zaczął się rozpadać, zaczął nabierać wody, nie mogliśmy dobić do żadnego portu. Nie mogliśmy wrócić - opowiadał reporter "Faktów" TVN.

Jak wyjaśniał, Sea Watch nie otrzymał zgody na zacumowanie ani na Malcie, ani na Lampedusie. - Straż graniczna wprost mówiła, komunikat słyszeliśmy codziennie, że nie możemy się zbliżyć na mniej niż 30 mil morskich od brzegu - mówił. - My po prostu tych ludzi nie chcemy, my tych ludzi nie przyjmiemy - mówił, przytaczając argumenty funkcjonariuszy.

Dodał, że ta sytuacja trwała dosyć długo. Ostatecznie w połowie stycznia statkowi Sea Watch 3 udało się dobić do portu na Malcie. - Tam się zaczyna cały proces. Zaczyna działać cała ta machina biurokratyczna. Oni [migranci - przyp. red.] są właściwie rozproszeni po całej Europie - zaznaczył.

"Wzruszający moment"

Jak powiedział Bojanowski, po roku miał okazję spotkać się z trzema osobami, które udało się uratować. - To był wspaniały moment, bardzo wzruszający - przyznał.

- Bardzo się zżyliśmy. Dla mnie [to jest - przyp. red.] też taka świadomość obcowania z ludźmi, którzy mogliby nie żyć, gdyby nasza akcja nie doszła do skutku - dodał.

Bojanowski podkreślił, że często to są małe dzieci. - Dziewczynka, która jest główną bohaterką mojego reportażu, to jest tak szalenie sympatyczna, żywa osoba, która cały czas coś psoci, wygłupia się, zaczepia. Jak sobie myślę, że mogłaby nie żyć, to… - zawiesił głos.

"Dzisiaj umrze na morzu dziewięć osób"

Reporter "Faktów" TVN przypomniał sytuację z czerwca, kiedy kapitan statku Sea Watch 3 Carola Rackete podjęła decyzję o wpłynięciu do portu na Lampedusie, nie mając na to zgody. Rackete została aresztowana i oskarżona o stawianie oporu, użycie siły w żegludze i wspieranie nielegalnej imigracji. Grozi jej od 3 do 10 lat więzienia.

Powiedział, że od tego momentu statek Sea Watch 3 nie funkcjonuje.

Podkreślił, że na najbardziej niebezpiecznym szlaku migracyjnym na świecie statystycznie ginie co najmniej sześć osób dziennie. - To jest taka bardzo ostrożna statystka, bo można to policzyć na różne sposoby i to może być sześć albo nawet dziewięć osób - dodał.

- To jest statystyka, ale dzisiaj umrze na morzu dziewięć osób - podsumował Bojanowski.