Polska

"W moment przyszły chmury", "widziałem osoby, które spadły". Byli w Tatrach, gdy rozpętała się burza

Burza w Tatrach. Poszkodowani wspominają burze

To był nasz pierwszy wyjazd w góry. Miał być niezapomniany - powiedział jeden z poszkodowanych turystów, który w czwartek był na Giewoncie, gdy nad Tatrami rozpętała się gwałtowna burza z piorunami. Zginęły cztery osoby, ponad 150 jest rannych. - Jeden mężczyzna powiedział, że piorun trafił w skałę, a tę skałę po prostu rozsadziło, odłamki poleciały w ludzi - powiedział inny turysta.

W czwartek po południu nad Tatrami przeszła gwałtowna burza. Zginęły cztery osoby, w tym dwoje dzieci. Według najnowszych danych poszkodowanych jest ponad 150 turystów.

Dlaczego nie wydano ostrzeżeń przed burzami w Tatrach? IMGW wyjaśnia

Wydarzenia w Tatrach jeszcze tego samego dnia wieczorem wspomniał Robert Wójcik, jeden z poszkodowanych.

- Pogoda była ładna, nic nie zapowiadało takich wydarzeń. Na górze przy samym krzyżu na Giewoncie od strony słowackiej w moment przyszły chmury, zaczął padać deszcz, a po kilku minutach pioruny zaczęły walić - mówił.

Mężczyzna powiedział, że piorun uderzył blisko niego. - Zobaczyłem lecące kamienie, myślałem, że to lawina leci. Dostałem jednym z tych kamieni - wspominał.

- Walnęło niedaleko mnie. Trzymałem rękę na kamieniu i mnie przeszyło po całym ramieniu. Dostałem kamieniem z tyłu i zostałem trochę po ręce porażony. Mam trzy szwy, w porównaniu z innymi to jeszcze spokojnie - ocenił.

"Widziałem osoby, którzy spadły na dół"

Mariusz Brodziński również był na szczycie Giewontu. - Żona osunęła się niżej, ma połamaną miednicę, rozcięcie głowy. Ze mną źle nie było, mam oparzenie stopy. To było, jakby człowieka coś przypalało - mówił.

- Widziałem osoby, które spadły na dół, między innymi panią, która szła przed moją żoną i ta pani nie żyje. To było młode małżeństwo, które szło przed nami - mówił.

Turysta wspomina, że przez pierwsze 15 minut nie miał czucia w rękach: - Nie miałem siły, aby trafić do żony, która była niżej, bo nas odrzuciło od tych łańcuchów. Byliśmy nad przepaścią sześć, siedem metrów. Trwało to ponad godzinę, zanim śmigłowce się pojawiły.

- Wdzięczność do Boga, że przeżyliśmy, to był nasz pierwszy wyjazd w góry. Miał być niezapomniany i pewnie taki będzie.

"Piorun trafił w skałę, tę skałę po prostu rozsadziło"

Grzegorz Pyzel, turysta, który nie został poszkodowany, chociaż był na miejscu, wspomniał, że na szczyt szło dużo ludzi. - Dało się słyszeć lot tego pioruna. Ojciec z dzieckiem zawracali, mówili: nie idziemy tam, bo pewnie nas porazi - mówił.

- Jeden mężczyzna powiedział, że piorun trafił w skałę, a tę skałę po prostu rozsadziło, odłamki poleciały w ludzi. Wielu turystów twardo szło do góry i nie przerazili się tym, że już błyska, grzmi - zaznaczył.

Miejsca, w których doszło do wyładowań atmosferycznych

Tragedia w Tatrach

W akcję ratowniczą było zaangażowanych wiele służb ratowniczych. Abyy przewieźć rannych do szpitali użyto czterech śmigłowców Lotniczego Pogotowia Ratunkowego i jednego TOPR, samochodów terenowych TOPR i GOPR, pojazdów straży pożarnej, a także pojazdów schronisk górskich.

Burmistrz Zakopanego Leszek Dorula poinformował, że od piątku do niedzieli potrwa w mieście żałoba.

TAK RELACJONOWALIŚMY WYDARZENIA W TATRACH

Tak wyglądał Giewont przed burzą