Polska

Warszawskie kluby walczą o przeżycie. „Nie wiemy, czy jest sens przedłużania tej agonii"

Warszawskie kluby walczą o przeżycie. „Nie wiemy, czy jest sens przedłużania tej agonii

Po dwóch tygodniach kwarantanny wiemy, że warszawskie życie nocne nie będzie już takie samo – mówią właściciele klubów. Jeśli ziści się czarny scenariusz, całą branżę czeka katastrofa.

Połowa marca, Warszawa. Pierwszy dzień wzmożonej kwarantanny. Od teraz lepiej nie wychodzić nawet na spacer. Miasto jest puste. Tylko przed wielkim ekranem znanej sieciówki gastronomicznej ustawia się kolejka samochodów. Trzy cheesburgery, cola i frytki. – Jedyna okazja żeby zjeść poza domem – uśmiecha się kasjer przez pleksi i w rękawiczkach podaje papierową torbę.

Praca w McDdonald's to był powód do żartów. Pogardliwe „I do tego frytki proszę” trafiło nawet do mowy potocznej. Teraz praca w sieciówce to jedna z niewielu możliwości na zarobek w gastronomii. Przedłużająca kwarantanna to dla tysięcy ludzi przymusowy urlop.

Najświeższe informacje o pandemii koronawirusa znajdziesz tutaj

– Wypłatę za pierwszy tydzień marca udało mi się dostać, ale co dalej? – mówi Wojtek, który jeszcze miesiąc temu pracował jako barman. Gdy zamknięto lokal, w którym nalewał piwo i mieszał drinki wskoczył na skuter i rozwozi jedzenie. Zarabia nieźle, w dwa tygodnie dwa i pół tysiąca złotych, tyle że w pracy spędził sto trzydzieści godzin, wszystko ma wpisane w aplikacji. Ryzyko, że zarazi się wirusem jest, ale ryzyko że za miesiąc nie zapłaci czynszu jest jeszcze większe.

Niestety nie wszyscy mają skuter albo samochód, a zapotrzebowanie na jedzenie z dowozem jest ograniczone. Pracę z dnia na dzień straciło mnóstwo młodych osób. Restauratorzy policzyli, że może ich być trzydzieści tysięcy, może więcej. – Nie wyjdziemy na ulicę – mówi jeden z nich – ale ile można czekać?

– Najgorsze jest czekanie. Nawet tydzień bez pracy na pełnych obrotach może pociągnąć na dno wiele klubów, barów, restauracji, hurtowni czy agencji koncertowych. Wszystkich teraz czeka miesiąc, może dwa miesiące stagnacji – mówi Krzysztof Stelmach, współwłaściciel kilku lokali w Warszawie. Prowadzony przez niego klub Niebo odwiedza w weekend nawet kilka tysięcy osób, teraz klub na tyłach Nowego Światu stoi pustkami. – Rok temu o tej porze ogródki w warszawskich lokalach zaczynały być pełne – mówi ze smutkiem. I dodaje: – Koronawirus zrywa więzi społeczne, które kwitną w klubach, teatrach, galeriach, barach. Ludzie mogą rozmawiać w sieci, ale przecież nie da się tym zastąpić wieczorów spędzonych razem.

Właściciele klubów i ich pracownicy zadają sobie jedno pytanie. Jak długo może to jeszcze potrwać? Dwa tygodnie, miesiąc? – Może w całe to zamieszanie wkradnie się polityka, sytuacja przeciągnie się aż do wyborów – tłumaczy jedna z menadżerek klubu na Mokotowie. – Jeśli kwarantanna potrwa do maja, to po jej odwołaniu ludzie i tak zamiast do klubów pójdą nad Wisłę. W takim wypadku wakacje możemy sobie odpuścić – dodaje. Dla klubów oznacza to, że kwarantanna, która zaczęła się w połowie marca, skończy się dopiero z nastaniem jesieni. Do tego czasu trzeba będzie żyć z pieniędzy, których na razie nie ma.

Pieniędzy szuka się, jak może

– Zorganizowaliśmy zrzutkę, sprzedajemy bilety na imprezę, którą zagramy w przyszłości, na razie bez konkretnej daty – mówi Robert Serek współwłaściciel klubu Jasna, w centrum Warszawy. W marcu lokal jak co miesiąc, szykował się na cztery weekendy z imprezami, rezerwował najlepszych DJ-ów, bo to dla muzyki ustawiają się tu kolejki. Niestety wszystko to trzeba było odwołać. – Sami zrezygnowaliśmy z imprez, zanim wprowadzono zakaz. Na początku było z tym sporo kłopotów, odwoływanie lotów, rozmowy z agencjami, potem okazało się, że kluby i tak trzeba zamknąć – opowiada.

Kluby są w jeszcze gorszej sytuacji, niż lokale gastronomiczne. Te ostatnie mogą choćby w małej części łatać budżet i opłacać pracowników dzięki sprzedaży na wynos albo z dowozem. W przypadku klubów taki mechanizm zupełnie się nie sprawdza. – Nikt nie kupi sobie piwa z dostawą do domu, a za kilka miesięcy trzeba będzie zapłacić drugą część raty za koncesję od alkoholu, którego aktualnie nie sprzedajemy – tłumaczy właściciel jasnej. Zrzutka zorganizowana przez Jasną ma w części pokryć pensję dla pracowników. Pieniądze za czynsz trzeba organizować na własną rękę.

– Kluby, bary i restauracje zamknięto, a miasto bardzo powoli zbiera się do pomocy – mówi Stelmach. W przeciwieństwie do Krakowa czy Wrocławia prezydent Warszawy nie zamroził czynszów na lokale wynajmowane od miasta, choć znacznie je obniżył. W przypadku niektórych miejsc cena wynajmu to nawet kilkadziesiąt tysięcy złotych. Tyle trzeba zapłacić za kilkaset metrów kwadratowych w centrum miasta. – Pomoc jest teraz bardzo potrzebna. Nikt nie ogłosił stanu wyjątkowego, albo klęski, a przecież klub stoi pusty bez różnicy czy zamknięto go z powodu powodzi czy wirusa – mówi Stelmach.

Jeśli właściciele na coś liczą, to przede wszystkim na nieoprocentowane kredyty, które pozwolą im stanąć na nogi. – Jeśli państwo zaoferuje nam nieoprocentowany kredyt, który mogę spłacać przez kilka lat, to po prostu będę sukcesywnie odpracowywał swoje zadłużenie. Jeśli potwierdzą się pomysły o kredytach, które trzeba będzie spłacać ekspresowo, to po trzech latach od założenia klubu i zainwestowaniu setek tysięcy złotych wrócę do punktu zero – mówi Serek. I dodaje – Nie zakładamy czarnego scenariusza, ale wiem, że to zmieni scenę klubową.

Nie wszyscy podzielają ten umiarkowany optymizm. – Nie wiemy, czy jest sens przedłużania tej agonii – słyszymy od wielu właścicieli klubów.

Czytaj też: Koronawirus odbiera Polakom pracę. „Zaczęła się rzeźnia”