Sport

Polki rozkręcały się powoli. Przegrywały 0:2, a i tak wygrały

Polki rozkręcały się powoli. Przegrywały 0:2, a i tak wygrały

Zaczęło się nieprzyjemnie, wręcz koszmarnie. Polskie siatkarki długo się rozkręcały, zanim znalazły sposób na Szwajcarki w towarzyskim spotkaniu w Łodzi. Pachniało nawet niespodziewaną porażką, bo przegrywały 0:2. W końcu wzięły się do pracy i wygrały 3:2.

Dwoma meczami w dwa dni ze Szwajcarią polskie siatkarki, grające w Łodzi w mocno odmłodzonym składzie, kończą sezon. Smutny to koniec, bo zaistniałe okoliczności wymusiły puste trybuny Sport Areny. Polki "dopingowały" we wtorek tekturowe postacie, przed halą zorganizowano kino samochodowe.

W przeciwieństwie do siatkarzy Estonii, którzy nie przyjechali do Polski, tłumacząc się obawami o bezpieczeństwo, zawodniczki ze Szwajcarii koronawirusa się nie wystraszyły. Nie pękły też przed Polkami, nie widać było po nich, że grają pierwszy raz po odmrożeniu sportu.

Bezradne

Za to Biało-Czerwone miały problem. W ich szeregach mnożyły się pomyłki, irytowały zagrywką, a rywalki grały jak w transie. Szybko i skutecznie, nie szczędząc piekielnie mocnych piłek, atakowały. Gdy asa serwisowego posłała Annalea Maeder, było już 7:11 i trener Jacek Nawrocki poprosił o przerwę.

Wskazówki nie pomogły, parę chwil później zrobiło się 11:18. Nawrocki zaprosił polskie siatkarki na kolejną przerwę. Po ich minach widać było, że w tym secie nie było już czego ratować. Skończyło się na 17:25. Różnica klasy, nie tak to miało wyglądać.

Chwilowy zryw

Odmiennie wyglądał początek drugiej partii. Animuszu w poczynania Polek dodały rezerwowa Julia Twardowska i skuteczna w ataku ze środku Weronika Centka, a Alicja Grabka popisywała się na zagrywce. Gospodynie prowadziły 4:1 i 5:2, aż uleciało z nich powietrze.

Wszystko wróciło do normy, do tego, co było w pierwszym secie. Szwajcarska maszyna znów pracowała na wysokich obrotach. Przewaga stopniała, rywalki ponownie odskoczyły na bezpieczną przewagę. Z czasem i one się zacięły, gra się wyrównała głównie za sprawą Karoliny Drużkowskiej i Zuzanny Góreckiej.

Coś drgnęło, ale nie na tyle, żeby wyrównać stan meczu. Partia dla Szwajcarek, wygrały ją do 22.

Odżyły

Prawdziwe emocje zaczęły się w trzecim secie, w którym długo walczono punkt za punkt. Wreszcie Polki prezentowały grę, jaką chciałoby się oglądać - funkcjonował blok, przyjęcie, był też skuteczny atak, w którym brylowała Drużkowska.

Gospodynie po świetnym serwisie Grabki prowadziły minimalnie (17:16), ale od stanu 19:20 zdobyły aż pięć punktów z rzędu. W końcu złapały luz, gra zaczęła sprawiać im radość. Seta wygrały do 23. Jacek Nawrocki wyraźnie odetchnął.

Przez chwilę wyrównany był również kolejny. Obie strony jakby umówiły się, że będą punktować seriami. Raz Szwajcarki zdobyły pięć punktów z rzędu i wyszły na prowadzenie 10:7. Odpowiedź Polek? Jedenaście (!) kolejnych punktów i 20:11. A brylowały bez wyjątku. A to Martyna Świrad na bloku, a to Twardowska na zagrywce, a to Drużkowska czy Monika Fedusio w ataku.

Popis Polek

Biało-Czerwonych, grających jak w transie, nie można było już zatrzymać. Był luz, można było się popisywać, jak wtedy, gdy Twardowska przerzuciła piłkę przez całą szerokość boiska, wystawiając ją perfekcyjnie Centce. Po skutecznym zakończeniu trener Nawrocki wyskoczył dumny jak paw.

Tie-break dla Polek, tak samo jak cały mecz. A zaczęło się tak nieprzyjemnie. Rewanż w środę. Początek również o 20.

Polska - Szwajcaria 3:2 (17:25, 22:25, 25:23, 25:16, 15:10)