Sport

Tajemniczy "Stu" królem ORLEN e-TdP. "Nie planuję przenosić się do realu"

Tajemniczy

Stu Król WPKiW nie miał sobie równych w ORLEN e-Tour de Pologne Amatorów. 39-latek w wielkim stylu wygrał wszystkie cztery etapy, w tym sprinterską końcówkę na ulicach Londynu. - To był optymalny wyścig w moim wykonaniu – podsumował swój występ w wirtualnej imprezie w rozmowie z Eurosport.pl.

- Jestem bardzo zadowolony ze zwycięstwa w Londynie. Kosztowało mnie masę wysiłku, bo konkurencja deptała po piętach. Próbowano mnie "urwać" na podjazdach. Od początku liczyłem na sprinterską końcówkę, bo finisz mam chyba najmocniejszy ze wszystkich, co startowali. Choć oczywiście zawsze końcówki bywają loteryjne - przyznał Stu.

Wszechstronność w cenie

Podczas czteroetapowej imprezy w wirtualnym świecie Zwifta triumfator klasyfikacji końcowej pokazał moc na każdym z odcinków. W Richmond po mistrzowsku rozegrał końcówkę w terenie typowym dla wyścigów jednodniowych, w Innsbrucku okazał się najlepszy na morderczym, 7,4-kilometrowym podjeździe na metę, a w Yorkshire odjechał rywalom na finiszu jak Marcel Kittel podczas Tour de France 2013.

- Nie liczyłem, że wygram wszystkie etapy, bo to różnie bywa. Czasem miewam też problemy z internetem. Na szczęście w tej imprezie udało mi się ich uniknąć. W kilku innych wyścigach "wywalało" mnie w trakcie rywalizacji – powiedział Stu.

- Wydaje mi się, że był to optymalny wyścig w moim wykonaniu. Wszystko potoczyło się tak, jak powinno. Na pierwszym etapie zaatakowałem jak Peter Sagan. Te dwa i pół kilometra w ucieczce kosztowało mnie najwięcej sił. Odjazdy na Zwifcie są niezwykle trudne i wyczerpujące. Na trzech pozostałych odcinkach planowałem skupić się na finiszu – dodał.

Nie zamieni Zwifta na real

Triumf w ORLEN e-Tour de Pologne Amatorów nie zrewolucjonizuje planów startowych Stu. Wciąż ma zamiar koncentrować się na rywalizacji w wirtualnym świecie, a w realu co najwyżej towarzyszyć kolegom w rowerowych "ustawkach".

- Na pewno na Zwifcie będę się dalej ścigał. Nie planuję przenosić się do realu. Po pierwsze, nie mam odpowiedniego roweru szosowego, a po drugie boję się jeździć z dużą prędkością w licznej grupie. Miałem już wypadki w peletonie przy prędkości ponad 40 km/h. Dochodzenie do zdrowia po czymś takim zabiera zbyt wiele czasu. Mam uraz psychiczny. Po drugie, mam już w nogach 450 wirtualnych wyścigów, a na szosie żadnego. W MTB, po lesie i korzeniach, również nie planuję startować. W realu ograniczam się wyłącznie do "ustawek" z kolegami na Śląsku w 10-15 osobowych grupach. Ścigam się tam wyłącznie rekreacyjnie - powiedział Stu.