Świat

"Szkocja chce innej przyszłości. Szkocja chce mieć prawo do decydowania"

Boris Johnson musi zaakceptować rzeczywistość i zgodzić się na drugie referendum w sprawie niepodległości Szkocji - oświadczyła w sobotę szefowa autonomicznego rządu szkockiego Nicola Sturgeon. W czwartkowych wyborach do Izby Gmin jej Szkocka Partia Narodowa zdobyła 48 z 59 przypadających temu regionowi mandatów.

W rozmowie telefonicznej z Borisem Johnsonem, która odbyła się w piątek, Nicola Sturgeon zapowiedziała, że jej rząd w przyszłym tygodniu przedstawi dokument, który uzasadni przeprowadzenie nowego referendum w Szkocji, do czego potrzebna jest zgoda rządu w Londynie. Johnson powtórzył natomiast swoje stanowisko, że nie ma podstaw do kolejnego plebiscytu, skoro poprzedni był zaledwie pięć lat temu.

- Stanowczo powiedziałam mu, że mam mandat, by zaoferować ludziom wybór. Powtórzył swój sprzeciw, wobec tego - powiedziała w sobotę Sturgeon w Dundee, gdzie spotkała się z 48 posłami swojego ugrupowania, Szkockiej Partii Narodowej (SNP), którzy zostali wybrani do brytyjskiej Izby Gmin. - Ale spójrzmy na rzeczywistość. Wybory w tym tygodniu były dla Szkocji przełomowym momentem - podkreśliła.

"Szkocja chce mieć prawo do decydowania o własnej przyszłości"

W czwartkowych wyborach SNP wygrała w 48 spośród 59 okręgów w Szkocji, co jest dla tej partii drugim najlepszym wynikiem w historii. Zwiększyła ona swoją reprezentację w Izbie Gmin o 13 posłów.

Sturgeon w kampanii wyborczej podkreślała, że głos na SNP jest opowiedzeniem się za niepodległością. Chce ona, by nowe referendum odbyło się w drugiej połowie przyszłego roku.

- Szkocja bardzo wyraźnie chce innej przyszłości niż ta, która została wybrana przez większość w pozostałej części Zjednoczonego Królestwa i Szkocja chce mieć prawo do decydowania o własnej przyszłości - mówiła Sturgeon, podkreślając, że szkoccy wyborcy odrzucili Johnsona, Partię Konserwatywną i brexit.

- Torysi, choć bez wątpienia tak długo, jak to możliwe, będą wściekać się na rzeczywistość, muszą ją zaakceptować i zrozumieć. Zostali odrzuceni w Szkocji. Postawili kwestię sprzeciwu wobec referendum niepodległościowego na karcie do głosowania i stracili poparcie, stracili ponad 50 procent miejsc - przekonywała Sturgeon.

81 procent mandatów, 45 procent poparcia

Choć SNP uzyskała 81 proc. mandatów przypadających na Szkocję, otrzymała 45 proc. głosów szkockich wyborców. To o 8,1 proc. więcej niż w poprzednich wyborach, ale zarazem tylko o niecałe 2 punkty proc. więcej niż łącznie konserwatyści, Partia Pracy i Liberalni Demokraci, które to partie sprzeciwiają się secesji Szkocji.

Partia Konserwatywna, mimo że w Szkocji zdobyła tylko sześć mandatów, w skali całego kraju zanotowała najlepszy wynik od 1987 r., uzyskując 365 miejsc w parlamencie.

"Zmieniliście polityczny krajobraz, zmieniliście przyszłość naszego kraju na lepszą"

Jednym z miejsc, które konserwatyści odbili z rąk Partii Pracy było Sedgefield w północno-wschodniej Anglii. Przejęcie tego okręgu przez torysów było jedną z największych sensacji czwartkowych wyborów do Izby Gmin.

Sedgefield było w posiadaniu Partii Pracy nieprzerwanie od 1935 r., w poprzednich wyborach kandydat laburzystów wygrał z przewagą prawie 15 punktów proc., a na dodatek przez 24 lata był to okręg wyborczy Tony'ego Blaira - najskuteczniejszego, jeśli chodzi o wyborcze zwycięstwa, laburzystowskiego premiera w historii.

W sobotę to właśnie tam premier Boris Johnson podziękował wyborcom z północy Anglii. - Wiem, że wiele osób musiało przełamać trwające od pokoleń nawyki wyborcze, aby zagłosować na nas. Chcę, żeby ludzie na północnym-zachodzie wiedzieli, że my w Partii Konserwatywnej i ja odpłacimy za wasze zaufanie - mówił w sobotę Johnson

- Cóż za niesamowitej rzeczy dokonaliście. Zmieniliście polityczny krajobraz, zmieniliście Partię Konserwatywną na lepsze i zmieniliście przyszłość naszego kraju na lepszą. Co zamierzamy zrobić w pierwszej kolejności, by odpłacić za to zaufanie? Zamierzamy doprowadzić brexit do końca - zapewnił Johnson.

Konserwatyści powiększają stan posiadania

Takich niespodziewanych rozstrzygnięć jak w Sedgefield było w czwartkowych wyborach znacznie więcej. Wielu wyborców Partii Pracy w północnej i środkowej Anglii, którzy w referendum z 2016 r. poparło wyjście z Unii Europejskiej, teraz w związku z jej zapowiedzią, że będzie chciała renegocjować umowę i przeprowadzić drugie referendum, zagłosowało na konserwatystów. I to, mimo że na tych terenach Partia Konserwatywna postrzegana jest jako reprezentant zamożnej klasy średniej z południa i traktowana jest z nieufnością lub wręcz z wrogością.

Przejęcie wielu takich tradycyjnie laburzystowskich okręgów - często będących w posiadaniu Partii Pracy od kilkudziesięciu lat - było kluczem do zwycięstwa konserwatystów.