Świat

Wdarli się do parlamentu i do siedziby rządu. Nie godzą się na porozumienie pokojowe

Wdarli się do parlamentu i do siedziby rządu. Nie godzą się na porozumienie pokojowe

Demonstranci wdarli się do budynków rządowych w Erywaniu i domagają się dymisji szefa armeńskiego rządu Nikola Paszyniana. To on podpisał porozumienie pokojowe kończące konflikt w Górskim Karabachu. Zdaniem komentatorów, układ oznacza de facto kapitulację Armenii w spornym regionie.

Porozumienie o zaprzestaniu działań wojennych, uzgodnione w poniedziałek wieczorem przez Paszyniana, prezydenta Azerbejdżanu Ilhama Alijewa oraz rosyjskiego prezydenta Władimira Putina oznacza de facto utratę kontroli przez ormiańskie siły nad trzema azerskimi regionami zdobytymi 27 lat temu. Rejon agdamski ze stolicą w Agdamie (Askeranie) przejdzie pod całkowitą kontrolę Baku 20 listopada, rejon kelbecerski ze stolicą w Kelbecerze (Karwaczarr) - 15 listopada, a Laczin - najpóźniej 1 grudnia.

Protesty w Erywaniu

Protesty w Erywaniu

Informacja o podpisaniu deklaracji o zakończeniu konfliktu wywołała niedowierzanie w Erywaniu. Doszło tam do zamieszek ulicznych. Kilka tysięcy demonstrantów okrążyło budynki rządowe i wdarło się do parlamentu, gdzie ciężko został pobity jego przewodniczący Ararat Mirzojan. Polityk ten musiał w następstwie pobicia przejść poważną operację - poinformował Paszynian.

Zaatakowano i zdemolowano też siedzibę Rady Ministrów. Część protestujących ruszyła następnie pod rezydencję, w której mieszka Paszynian z rodziną. Tłum, który wyległ na ulice w Erywaniu, domagał się jego dymisji i przekazania władzy sztabowi generalnemu - pisze rosyjska agencja TASS. Media donoszą, że manifestanci wznosili przed domem premiera okrzyki "zdrajca" i "tchórz".

Zgoła odmienna atmosfera panuje w stolicy Azerbejdżanu, Baku. W związku z podpisaniem porozumienia, które faktycznie oznacza zwycięstwo sił azerskich w Górskim Karabachu, na ulice miasta wyległy wiwatujące tłumy.

Azerowie świętują porozumienia pokojowe w Górskim Karabachu, które przyznaje im kontrolę nad większością terenów regionuPAP/EPA/ROMAN ISMAYILOV