Tech

Stan klęski żywiołowej zbyt kosztowny dla budżetu państwa?

Stan klęski żywiołowej zbyt kosztowny dla budżetu państwa?

Najpierw wojewoda, potem sąd – ci, którzy liczą na wprowadzenie stanu klęski żywiołowej, by zrekompensować sobie straty majątkowe w związku z pandemią koronawirusa, mogą się odbić od ściany. Jednocześnie nie jest wykluczone, że skomplikowana procedura okaże się korzystna dla finansów publicznych. Czy budżet państwa rzeczywiście nie zdołałby udźwignąć stanu nadzwyczajnego?

"Przy stanie klęski żywiołowej państwo ma pieniądze na góra trzy miesiące" - takie słowa miał powiedzieć Jarosław Gowin w rozmowie z przedstawicielami Związku Miast Polskich. Wypowiedź cytuje TVN24. Dziś na konferencji prasowej powtórzył, że budżetu nie stać na tego typu ruch. Oznacza to, że Gowin jest wyraźnym przeciwnikiem wprowadzenia stanu nadzwyczajnego, ale czy ma podstawy do obaw?

Stan klęski żywiołowej wprowadza się, zgodnie z konstytucją, na 30 dni. Ten stan może być przedłużany decyzją Sejmu. Tylko skoro Gowinowi, ale też opozycji zależy, żeby przełożyć wybory z 10 maja, wystarczy wprowadzić stan klęski żywiołowej na jeden miesiąc. Wówczas wybory mogłyby zostać przesunięte, a budżet państwa, mimo słów Gowina, powinien takie obciążenie utrzymać.

- Wypowiedź Jarosława Gowina nie jest dla mnie żadnym zaskoczeniem. Co więcej, jego oczekiwania i prognozy co do trzech miesięcy są optymistyczne. Rozmiar szkód wyrządzonych przez pandemię koronawirusa będzie ogromny - mówi nam mecenas Michał Pankiewicz.

- Stan finansów publicznych jest w opłakanym stanie ze względu na nadmierne wydatki socjalne serwowane przez kilka lat. Teraz tych pieniędzy brakuje - dodaje.

Ile kosztuje wprowadzenie stanu nadzwyczajnego?

Ile mogą kosztować odszkodowania, które są ściśle powiązane z wprowadzeniem stanu klęski żywiołowej? Oczywiście dziś nie da się oszacować skali problemu, ale ekonomiści przekonują, że jest to od kilku do kilkunastu miliardów złotych miesięcznie.

Obowiązek wypłaty odszkodowań wynika wprost z art. 228 konstytucji i ustawy z 22 listopada 2002 o wyrównywaniu strat majątkowych w czasie stanu nadzwyczajnego. Czytamy tam, że "każdemu, kto poniósł stratę majątkową w następstwie ograniczenia wolności i praw człowieka i obywatela w czasie stanu nadzwyczajnego, służy roszczenie o odszkodowanie" a "odszkodowanie, o którym mowa w ust. 1, obejmuje wyrównanie straty majątkowej, bez korzyści, które poszkodowany mógłby osiągnąć, gdyby strata nie powstała".

Co ważne, ustawa określa też wyraźnie, że odszkodowanie przysługuje od Skarbu Państwa i na podstawie pisemnego wniosku poszkodowanego, które w pierwszym kroku należy skierować do wojewody. Załóżmy, że stan klęski żywiołowej zostałby oficjalnie wprowadzony. Co by to oznaczało dla poszkodowanych?

Ustawa zakłada wyrównanie straty majątkowej, bez korzyści, które poszkodowany mógłby osiągnąć, gdyby strata nie powstała. Co to oznacza? Poszkodowany mógłby dostać jedynie wyrównanie kosztów stałych, takich jak np. najem lokalu czy wynagrodzenia pracowników. Nie mógłby natomiast wnioskować o rekompensatę za ewentualną korzyść.

Najpierw wojewoda, potem sąd

Tego typu działania i tak byłyby trudne do egzekwowania. Właściciel kwiaciarni mógłby przekonywać, że sprzedałby np. 1000 kwiatów, ale nie mógłby tego udowodnić. Dlatego też ustawa zakłada typowe straty majątkowe, które miałyby być łatwe do udokumentowania.

Tyle tylko, że i w tym przypadku jest duża dowolność interpretacji. Zdaniem prawników, z którymi rozmawialiśmy, pierwszą przeszkodą jest wojewoda, który jest oczywiście delegatem rządu w terenie. Zgodnie z ustawą ma on trzy miesiące na wydanie decyzji. Wojewoda to nikt inny, jak pracownik administracji państwowej. Można się więc spodziewać, że nie będzie chętnie przyznawał wysokich odszkodowań.

Poszkodowany, jeśli byłby niezadowolony z rozstrzygnięcia wojewody, w drugim kroku kieruje sprawę do sądu. A tutaj, zdaniem prawników, może wydarzyć się wszystko. Najbardziej realny scenariusz zakłada jednak bardzo długie postępowania. Z jakiego powodu? Już teraz, w dobie pandemii, sądy stanęły. Rozprawy, na które np. w Warszawie czekało się dwa lata, zostały przełożone. Nowe sprawy znalazłyby się na końcu kolejki, bo ustawa nie zakłada, by traktować je priorytetowo. Może się więc okazać, że poszkodowani utknęliby w sądzie na ładnych kilka lat.

Z perspektywy budżetu państwa przewlekłość postępowań w tym przypadku działałaby na korzyść rządzących. Kupienie sobie trochę czasu dawałoby szansę na stopniową odbudowę gospodarki. Z drugiej jednak strony poszkodowany odbiłby się od sądowo-administracyjnej machiny, która mogłaby go zniechęcić do dochodzenia roszczeń. To sądy miałyby największą moc sprawczą. Tyle tylko, że w związku z trwającą od kilku lat reformą wymiaru sprawiedliwości, trudno dziś przewidzieć, jakie zapadałyby w tych sprawach rozstrzygnięcia.

Łukasz Szpyrka