Biznes

Fotowoltaika sąsiedzka na dachu bloku. W Polsce to niemożliwe, w Europie wspierane

Fotowoltaika sąsiedzka na dachu bloku. W Polsce to niemożliwe, w Europie wspierane

Do końca czerwca Polska powinna przyjąć unijną dyrektywę RED II, która ułatwia powstawanie wspólnot energetycznych. Obecnie sąsiedzi nie mogą na dachu miejskiego bloku wspólnie produkować energii. Dlaczego? Bo nie mieszkają na wsi. To tylko jedno z kuriozalnych ograniczeń naszego prawa.

Fotowoltaika sąsiedzka na dachu bloku. W Polsce to niemożliwe, w Europie wspierane
Członkowie wspólnoty z Belgijskiego Leuven (Polska Zielona Sieć)
bEhlqnKd

W Polsce mamy duże spółki produkujące prąd i pojedynczych prosumentów, którzy najczęściej panelami słonecznymi wytwarzają energię na swoje potrzeby.

W tym systemie brakuje czegoś pomiędzy, czego UE oczekuje - grupy małych producentów, którzy - jednocząc siły - mogą efektywniej produkować prąd dla siebie i nawet na tym zarabiać. Brzmi jak bajka? Niekoniecznie, bo to realny scenariusz realizowany w krajach Europy.

Belgijska spółdzielnia Ecopower, dziś jedna z największych w Europie, skupiająca 58 tys. członków i pozyskująca energię z turbin wiatrowych, fotowoltaiki, hydroelektrowni i biogazu, miała skromne początki.

Zobacz także: "Mój prąd" terminowo? "Pracujemy intensywnie". Będą zmiany

W 1991 zaledwie kilkadziesiąt osób zrzuciło się na modernizację młynów wodnych, by czerpać z nich energię. Przepisy były elastyczne i spółdzielnia ruszyła z kopyta. Teraz zapewnia prąd blisko 60 tys. ludzi, którzy wybili się na energetyczną niepodległość.

Przepisy, przepisy, przepisy

Na drugim biegunie wielkości jest niemiecka wspólnota ze wsi Jühnde. Powstała w 2005 r. i liczy 200 członków. Energię pozyskuje z biomasy, biogazu i fotowoltaiki. Szacuje się, że każde gospodarstwo oszczędza ok. 750 euro (3,4 tys. zł) rocznie. Jej członkowie zarabiają też na sprzedaży nadwyżek - łącznie ok 700 tys. euro rocznie (3,2 mln zł). Aż chciałoby się do wspólnoty. Prawda?

- W Polsce rośnie liczba ludzi zdeterminowanych, by je tworzyć. Rządzący mówią, że czekają na ich powstawanie, ale jednocześnie nie chcą stworzyć do tego dogodnych warunków prawnych - mówi Jan Ruszkowski z organizacji Polska Zielona Sieć.

Życie pokazało, że przy obecnych przepisach z nowelizacji ustawy o OZE sprzed 2 lat, ich zakładanie jest na tyle trudne i mało opłacalne, że nie działa ani jedna.

- W RED II jest napisane czarno na białym, że państwa członkowskie muszą znieść dyskryminacyjne ograniczenia. Tymczasem w naszym prawie o wspólnotach energetycznych jest ich mnóstwo - mówi Ruszkowski.

Wieś tak, miasto nie

Rzeczywiście. Obecnie wspólnoty nie mogą być zakładane na terenie gmin miejskich, nie mogą sprzedawać nadwyżek swojej energii, a spółdzielcza instalacja musi pokrywać co najmniej 70 proc. własnych potrzeb energetycznych. Do tego dochodzą ograniczenia terytorialne, limity mocy, liczby członków itd.

- Aż się prosi o tworzenie ich w miastach, gdzie wspólnoty i spółdzielnie mieszkaniowe mogłyby kłaść panele na dachach budynków. Na Zachodzie nie ma też ograniczeń liczby członków. Są takie po 60 tys. (w Polsce maks. 999), bo przecież im bardziej liczna - tym bardziej efektywna. Nie wiadomo też, dlaczego ma pokrywać te minimalnie 70 proc. zapotrzebowania - pyta Ruszkowski.

Niewykorzystaną energię wspólnota energetyczna może najwyżej oddać do sieci i odzyskać potem z tego 60 proc. To duża strata. W RED II napisano jednak, że jeśli wspólnoty produkują energię, mogą ją dowolnie sprzedawać na rynku np. pobliskiej szkole, szpitalowi i w ten sposób obniżać członkom spółdzielni ich rachunki za prąd.

Pierwsze sprzyjające przepisy, jak dodaje Ruszkowski, miały pojawić w styczniu, a potem przestano już obiecywać kolejne terminy. Zapytaliśmy o nie w Ministerstwie Klimatu, ale do czasu opublikowania tego artykułu, nie otrzymaliśmy odpowiedzi.

Kłody pod nogami

Mimo problemów są jednak tacy, którzy dążą do założenia wspólnoty. Jednym z najbardziej zdeterminowanych jest Bartek Zalas z okolic Wałbrzycha.

- Od roku się staramy wystartować. Jest bardzo dużo niejasności dotyczących rozliczeń. Jesteśmy w kontakcie z dystrybutorem i nikt nie chce nam konkretnie powiedzieć, jak to ma wyglądać. Nie możemy też pozyskiwać chętnych z Wałbrzycha, choć znamy takich, bo to miasto i to ich dyskwalifikuje - mówi Zalas.

Dlatego na razie ma być to prototypowa spółdzielnia 10 zaufanych ludzi. Więcej osób na razie nie będzie, gdyż - jak przekonuje - "ryzyko prawnych i finansowych problemów jest zbyt duże, bo nikt tego wcześniej nie robił".

- Bardzo problematyczne jest też to 70 proc. Nie rozumiem skąd ten zapis. To tak jakbyśmy byli spółdzielnią mleczarską, która musi zacząć od razu wytwarzać 70 proc. produktów dla własnych członków. Przecież wiadomo, że najbardziej będzie się nam opłacało, jak będziemy produkować nawet więcej, niż potrzebujemy. Tylko dlaczego nie możemy zacząć od 10, 20, 50 proc. naszych potrzeb - dziwi się Bartek Zalas.

Jak tłumaczy, powinna być możliwość startu z dowolnym poziomem produkcji. Potem działająca już wspólnota mogłaby wziąć kredyt, rozbudować się i rozwijać. Na razie nie jest to możliwe.

, raf25 min. temupytanie kiedy bede mogl zmienic w Polsce dostawce energi tak jak to jest na zachodzie.