Kultura

"Kurier Francuski" w końcu w kinach. Nowy film Wesa Andersona to prawdziwa uczta dla oka

"Kurier francuski" w końcu doczekał się swojej polskiej premiery. Tym razem Wes Anderson zekranizował ostatni numer pewnego fikcyjnego magazynu. W bohaterów opowiadanych historii wcielili się jedni z najpopularniejszych obecnie aktorów, między innymi: Bill Murray, Tilda Swinton, Frances McDormand, Timothée Chalamet czy Adrien Brody.

Minęły trzy lata od premiery "Wyspy psów", siedem - odkąd Wes Anderson po raz ostatni zgromadził przed kamerą swoich ulubionych aktorów ("Grand Budapest Hotel"). O "The French Dispatch" media rozpisywały się od kilku lat. Jeszcze w 2018 roku mówiło się, że najnowsze dzieło Amerykanina będzie musicalem. Później na jaw zaczęły wychodzić kolejne nazwiska, które twórca kolekcjonuje do filmu. W lipcu tego roku obraz w końcu doczekał się swojej canneńskiej premiery, a niedawno mogliśmy zobaczyć go podczas polskiej przedpremiery z okazji 12. edycji American Film Festival we Wrocławiu. Co można powiedzieć o "Kurierze Francuskim z Liberty, Kansas Evening Sun"?

Wes Anderson powraca z nowym filmem. Tym razem opowiada o pewnym magazynie

Najnowszy obraz Andersona to pierwszy film nowelkowy w jego karierze. Gdy reżyser miał 16 lat, odkrył "The New York Times" - ponoć pierwsze zawsze czytał opowiadania. Po latach postanowił w końcu zrealizować dzieło zainspirowane medium, które towarzyszyło mu przez niemal całe życie. Główną osią filmu jest więc "pogrzeb redaktora naczelnego" pewnego dodatku do lokalnej gazety, wydawanej w fikcyjnym francuskim miasteczku Ennui-sur-Blasé. Arthur Howitzer Jr. (Bill Murray) postanowił, że wraz z nim odejdzie także sam magazyn. Pieczołowicie przygotowywał wraz z redaktorami ostatnie wydanie niczym swój własny testament. "Żadnego płakania" przypominał, omawiając zawczasu pożegnalne tematy.

Najnowszy film Andersona jest ekranizacją historii zamieszczonych w numerze. Mamy tu kilka segmentów tematycznych, za które odpowiadają poszczególni redaktorzy oraz cały kalejdoskop postaci: osadzonego w więzieniu mordercę-malarza, pozującą mu do aktów strażniczkę, młodego rewolucjonistę wchodzącego w romans z dziennikarką redagującą jego polityczny manifest, porwanego dla okupu syna komisarza czy porucznika pod przykrywką. W role te wcielili się m.in. Benicio Del Toro, Léa Seydoux, Timothée Chalamet i Frances McDormand, a to tylko kilka z nazwisk, które przewijają się przez ekran. 

"Kurier francuski" gromadzi na ekranie wielkie nazwiska. Ale nie daje im wystarczająco miejsca

Cała twórczość Andersona jest mocno formalistyczna. O ile jednak bohaterów jego wcześniejszych filmów zdarzało mi się lubić, o tyle tym razem zarówno postaci, jak i sama akcja "Kuriera Francuskiego" jest mi raczej obojętna.

To prawda, obraz ten jest dopieszczony w każdym calu - Anderson zadbał o szczegóły, opracował scenorysy, klatka po klatce dokładnie rozrysowując swoją wizję. Jak zawsze mamy więc intensywne kolory, mnogość detali, symetrię. Problem w tym, że do mocno już rozpraszającej konwencji, twórca dodaje krótkie, poszatkowane historie. W efekcie w to, co dzieje się na ekranie, ciężko się tak naprawdę zaangażować. Czuję się przytłoczona, nie dbam o bohaterów, ani o ich historie. 

Nagromadzenie wszystkiego jest ogromne - w filmie mamy do czynienia, jak ujął to redaktor "Independent" w swoim tekście, z "blink-and-you’ll-miss-it cameos", czyli krótkimi, czasem wręcz kilkusekundowymi, wystąpieniami śmietanki Hollywood. Część z aktorów pojawia się na ekranie wręcz niezauważona, nie wymawiając ani kwestii.

Ale fani Andersona z pewnością będą zadowoleni. "Kurier Francuski" może stać się opus magnum Amerykanina, a na pewno do roli tej pretenduje (choć czy z każdym kolejnym filmem Wes nie próbuje tak naprawdę pójść o jeszcze krok dalej?). To dzieło łączące jego największe pasje, ulubionych aktorów i współpracowników, stworzone z niezwykłym rozmachem, dużą nostalgią i czułością. To także jedna z najważniejszych i najbardziej oczekiwanych premier tego roku, którą bez wątpienia warto zobaczyć na dużym ekranie. Nie wiadomo zresztą, ile przyjdzie nam czekać na kolejną taką okazję, choć aktualne zapowiedzi podają, że "Asteroid City" miałoby zadebiutować w kinach już w przyszłym roku.