Kultura

„Nie damy pogrześć mowy". Prawda o strajku dzieci we Wrześni

„Nie damy pogrześć mowy

Zaczęło się od pisma z marca 1901 r., jakie inspektor szkolny z Wrześni dostał od regencji: od 1 kwietnia w dwóch najwyższych klasach nauczanie religii należy prowadzić wyłącznie w języku niemieckim.

Samo nauczanie w języku niemieckim nie było niczym nowym. Tak było od 27 października 1873 roku, czyli zarządzenia naczelnego prezesa prowincji poznańskiej. Po nieudanym powstaniu styczniowym Prusy dążyły do jak najszybszego zintegrowania przejętych ziem polskich w ramach monarchii Hohenzollernów. Cel ten zamierzano osiągnąć za pomocą wynarodowienia ludności polskiej oraz akcji kolonizacyjnej. Symbolem tamtych czasów był język niemiecki obowiązujący w niemal wszystkich sferach życia publicznego. W oświacie można było jednak znaleźć pewien wyjątek. W języku polskim nadal można było nauczać dzieci religii i śpiewu kościelnego. Rozporządzenie z marca 1901 r. to likwidowało.

Pierwsze akty nieposłuszeństwa rozpoczęły się w kwietniu. Uczniowie z trzech klas odmówili odpowiadania na lekcjach w języku niemieckim. Niektórzy odmówili przyjęcia niemieckich podręczników. Do najgłośniejszych wydarzeń doszło 20 maja 1901 r. – uczniowie na lekcjach religii nie odpowiadali po niemiecku, lecz po polsku. Inspektor szkolny zarządził dla 26 uczniów dwugodzinny areszt, podczas którego mieli nauczyć się pieśni „Kto się w opiekę”. Ci, którzy to zrobili, byli wypuszczani do domu, 14 najbardziej opornych postanowiono ukarać chłostą. Dotkliwie pobite, płaczące dzieci opuszczały kolejno szkołę.

Przed szkołą zgromadził się tłum 200 osób. Nikt nie był agresywny, ale pod adresem nauczycieli padały wyzwiska. Kiedy na miejscu pojawiła się żandarmeria, zaczęła legitymować uczestników protestu.

Protesty z Wrześni znalazły swój finał w sądzie. Proces odbył się w Gnieźnie 14-16 listopada 1901 r. W akcie oskarżenia uczestnikom zarzucono m.in. udział w publicznym zbiegowisku, w czasie którego usiłowali zmusić nauczycieli do zaniechania czynności urzędowych, wtargnięcie do budynku szkolnego, publiczne podżeganie do popełnienia przestępstwa oraz znieważenie nauczycieli. Przed sądem gnieźnieńskim postawiono ogółem 26 osób, z czego 20 usłyszało wyroki. Minimalny czas kary wyniósł dwa miesiące aresztu, a maksymalny 2,5 roku więzienia. Za winnego uznano nawet Szymona Furmanka, fotografa z Wrześni, którego skazano na 200 marek grzywny z możliwością zamiany na 40 dni więzienia. Zarzut, jaki usłyszał, dotyczył „wykonania i rozpowszechniania trzech fotografii osób związanych ze sprawą wrzesińską”.

W obronie prawa do nauki rodzimego języka wystąpił m.in. Henryk Sienkiewicz: „Zapadł niesłychany wyrok! Nie podniesiono na żadnego ze szkolnych katów ręki, nie było napaści ani czynów przemocy, a jednak rodziców tych małych dzieci skatowanych przez pruską szkołę sądy pruskie ukarały długim więzieniem za to, że pod wpływem rozpaczy i litości wypowiedzieli zbyt głośno słowa oburzenia przeciw takiej szkole i takim nauczycielom” – pisał.

39 strajkujących uczniów musiało powtarzać rok. Szef szkoły zakazał używania języka polskiego nawet w czasie prywatnych rozmów na korytarzach, a obok powstającej za miastem nowej szkoły wybudowano drewniany barak, by odseparować w nim oporne dzieci. Bo protesty uczniów trwały do końca roku.

Czytaj też: Za Gierka Polska zrobiła olbrzymi krok. Nie od razu było wiadomo, że to krok w przepaść