Polska

Tydzień, w którym „miękiszon" Ziobro grał twardego szeryfa

Tydzień, w którym „miękiszon

To był ciekawy tydzień w koalicyjnych stosunkach wewnątrz Zjednoczonej Prawicy. Nawet jeśli bunty Ziobry wobec Kaczyńskiego (zawsze kończone upokarzającą kapitulacją ministra sprawiedliwości) od dawna stały się rytuałem, ten z ubiegłego tygodnia wyglądał wyjątkowo barwnie i wyjątkowo krwawo.

Zbigniew Ziobro od paru tygodni przygotowywał się do dalszej licytacji z Kaczyńskim na prawicową twardość. Wciąż używając do tego celu polskiej polityki wobec Unii Europejskiej, a także przysługujących Polsce miliardów euro z dwóch unijnych budżetów (tego właściwego i tego nadzwyczajnego – Funduszu Odbudowy unijnych gospodarek po epidemii koronawirusa). Można oczywiście ubolewać nad tym, że chłopcy z prawicy wybrali sobie do wzajemnej szarpaniny akurat obszar, który powinien być absolutnie wyłączony z partyjnych rozgrywek, bo jest to obszar podstawowego interesu Polski, który powinien być osłaniany klauzulą dobra wspólnego. Jednak to Kaczyński przed paru laty pierwszy użył naszej polityki europejskiej jako ideologicznego narzędzia w swojej partyjnej polityce krajowej (zrobił to z opłakanymi skutkami dla pozycji Polski w UE). Trudno się zatem dziwić, że jego najbardziej utalentowany uczeń Zbigniew Ziobro postanowił zagrać kartą unijną, kartą unijnych pieniędzy dla Polski, przeciwko swemu mentorowi.

Ludzie Ziobry zapowiedzieli zablokowanie albo przynajmniej utrudnienie ratyfikacji w polskim parlamencie unijnego Funduszu Odbudowy. Kontynuowali też ataki na Morawieckiego za jego – jak to nazywają ziobryści – kapitulację w sprawie powiązania unijnych funduszy z praworządnością. Tu też trochę trudno się Ziobrze dziwić, bo Kaczyński właśnie jego posłał na front niszczenia państwa prawa w Polsce, na front niszczenia niezawisłych sądów. Zatem Ziobro, znając zagrywki swego mistrza, może się słusznie obawiać, że jeśli w jakimś momencie Bruksela faktycznie zablokuje fundusze dla Polski żądając zatrzymania procesu niszczenia polskiego sądownictwa, Kaczyński poświęci Ziobrę. Posyłając zresztą później na ten sam front jakiegoś bardziej przez siebie kontrolowanego siepacza.

Swoje uzasadnione obawy, dotyczące własnej przyszłości pod panowaniem Kaczyńskiego, Ziobro i jego ludzie ubrali jednak z płaszczyk „obrony polskiej suwerenności” (też klasyczna zagrywka Kaczyńskiego, wykorzystana dziś przeciwko niemu). Zaczęli mówić o unijnym Funduszu Odbudowy językiem Konfederacji, czyli językiem skrajnego nacjonalizmu i skrajnego eurosceptycyzmu. Sugerując nawet po sejmowych jaskiniach, że mogą razem z Konfederacją zbudować mocny prawicowy blok, który – owszem - też sprzeda się później Kaczyńskiemu, ale za o wiele wyższą cenę. Za więcej stanowisk państwowych, za więcej pieniędzy z państwowego budżetu, za więcej pozycji w spółkach skarbu państwa.

Kaczyński odpowiedział Ziobrze szybko, i to salwą morderczą. Odwołany został wiceminister aktywów państwowych Janusz Kowalski z Solidarnej Polski (wcześniej najgłośniej atakujący Mateusza Morawieckiego za „miękkość” w negocjacjach z Unią). Kowalski był najmocniejszą figurą Ziobry w rządzie Morawieckiego, poza kontrolowanym przez Solidarną Polskę Ministerstwem Sprawiedliwości. Puknięcie człowieka czuwającego nad stanem posiadania Ziobry w spółkach skarbu państwa oznacza, że Kaczyński może w każdej chwili dokończyć czystkę jego ludzi w obszarze przynoszącym najwięcej pieniędzy – na uwłaszczenie prywatne działaczy i na działalność partyjną.

Drugi cios Kaczyńskiego w Ziobrę to groźba podstawienia Solidarnej Polsce nogi w wyborach na prezydenta Rzeszowa. W stolicy Podkarpacia ze stanowiska prezydenta zrezygnował Tadeusz Ferenc. Jak wielu starzejących się byłych działaczy PZPR, Ferenc okazał się raczej Moczarystą, niż socjaldemokratą. Można powiedzieć, że poszedł raczej drogą Stanisława Piotrowicza, niż Leszka Millera. Dlatego nie namaścił na swojego następcę ani żadnego SLD-owca, ani nawet PiS-owca, ale najtwardszego, najbardziej nacjonalistycznego i antyunijnego, twardo niszczącego niezawisłe sądy w Polsce współpracownika Zbigniewa Ziobry, wiceministra sprawiedliwości Marcina Warchoła. Właśnie dzięki poparciu Ferenca Warchoł, jeszcze przed rozpoczęciem kampanii wyborczej w Rzeszowie, prowadzi w sondażach. W drugiej turze najbardziej może mu zagrozić Paweł Kowal z KO (gdyby oczywiście opozycja potrafiła się lokalnie dogadać).

Kaczyński w ramach upokarzania Ziobry zagroził wystawieniem przeciwko Warchołowi mocnej PiS-owskiej kontrkandydatki – Ewy Leniart będącej PiS-owskim wojewodą Podkarpacia.

Ziobro próbował się jeszcze „odwinąć”, każąc swoim ludziom zagłosować wraz z opozycją, żeby zmusić Piotra Glińskiego do przedstawienia Sejmowi kolejnej listy dotowanych przez ministerstwo kultury artystów (kryterium na tej liście stanowi w mniejszym stopniu dorobek czy realne potrzeby, a w większym stopniu sympatie wobec obozu władzy). Jednak w kluczowej rozgrywce z Kaczyńskim Ziobro zapewne znowu się ugnie. On i jego ludzie mają bowiem do wyboru: albo dalej żyć z budżetowych pieniędzy, na państwowych stanowiskach, korzystając z państwowych mediów kontrolowanych przez PiS, albo wzorem prawicowych „żołnierzy wyklętych” poszukać szczęścia po lasach, w towarzystwie Konfederatów. Jak dotychczas Ziobrze, postawionemu przed takim wyborem, zawsze miękły kolana.

Najbardziej jednak obrzydliwa była próba ukrycia przez Ziobrę swojego upokorzenia ze strony Kaczyńskiego za pomocą widowiska medialnego, w czasie którego minister sprawiedliwości przedstawił się jako mściciel trzyletniej dziewczynki z Kłodzka zamordowanej – jak wynika z jego prezentacji – przez rodziców-potwory. Ziobro ujawnił najbardziej brutalne i najbardziej tabloidowe szczegóły ze śledztwa, które wcale się jeszcze nie skończyło. Nie rozwinął jednak szczegółów mniej dla siebie wygodnych. Że mianowicie matka dziewczynki jest upośledzona i sama była w dzieciństwie ofiarą wyjątkowo brutalnej przemocy domowej. A PiS-owskie państwo nie zadbało o zapewnienie dziecku bezpieczeństwa. Głównie dlatego, że oficjalna ideologia tego państwa głosi, iż to rodzina (nawet najbardziej patologiczna) jest „bardziej naturalnym” opiekunem dziecka, niż służby państwowe, nawet jeśli ratują to dziecko przed przemocą czy niedożywieniem.

Teraz jednak Ziobro wystąpił w swojej ulubionej roli karzącego mściciela, twardego szeryfa. Problem polega na tym, że on twardziela zgrywa tylko wobec słabszych od siebie. Podczas gdy każda rozgrywka z silniejszym od niego Kaczyńskim kończy się jego upokorzeniem.