Sport

Polskie małżeństwo przyłapane na oszustwie. "Biegli obok siebie. Totalna głupota"

Polskie małżeństwo przyłapane na oszustwie.

Pobiegli razem - ona po raz pierwszy w życiu, on chciał jej pomóc - i wywołali olbrzymi skandal w środowisku. Małżeństwo z Polski w Maratonie Londyńskim, jednej z najbardziej pożądanych imprez wśród biegaczy, miało takie same numery startowe, co jest surowo zabronione. - Takie rzeczy, niestety, zdarzają się. Także w maratonach odbywających się w Polsce - mówi eurosport.pl Henryk Szost, rekordzista Polski w maratonie.

Tegoroczny maraton w Londynie, jedna z największych i najbardziej prestiżowych tego typu imprez na świecie, zgromadził 3 października ponad 80 tysięcy biegaczy. Wśród nich była pani Monika, która dystans 42 195 m pokonała w czasie 4 godzin, 40 minut i 58 sekund. Dało jej to 21697 lokatę.

U kobiet zwyciężyła Kenijka Joyciline Jepkosgei - 2:17.43.

"Walczyła ze łzami"

Osiągnięcie Polki przeszłoby bez echa, gdyby nie jej zdjęcie opublikowane w mediach społecznościowych, a potem pojawiające się kolejne. Jest na nich z mężem Piotrem, ale oboje mają identyczne numery startowe na koszulkach - 11250.

Taki numer to warunek uczestnictwa, swoisty bilet wstępu, który kupuje się w pakiecie. I - co najistotniejsze - każdy jest indywidualny, przypisany konkretnemu biegaczowi.

- Wszelki incydent, w którym uczestnik dopuszcza się oszustwa, traktujemy bardzo poważnie - oświadczył rzecznik londyńskiego maratonu. Potwierdził, że organizatorzy badają sprawę dwójki biegaczy, którzy nosili identyczne numery startowe.

O aferze, która rozpętała się w środowisku, napisał między innymi dziennik "Daily Mail". Angielska gazeta dotarła do małżeństwa z Polski.

- Bardzo przepraszam za to, co zrobiliśmy. Nie chcieliśmy wyrządzić żadnej szkody. Kibice na trasie byli niesamowici, a ich doping pomógł mi ukończyć maraton. Boli mnie myśl, że ich zawiodłam - powiedziała pani Monika, która - według "Daily Mail" - "walczyła ze łzami", gdy wypowiadała te słowa.

- To był mój pierwszy maraton w życiu i potrzebowałam wsparcia Piotra. Martwiłam się, że sama nie dam rady - dodała 41-letnia Polka.

Zrobił to na żony

Pan Piotr, lat 42, nie ukrywał, że nie miał pakietu startowego, który biegacze dostają kilka dni przed imprezą. Wystarczająco długo, żeby przygotować nielegalny duplikat.

- To był mój pomysł. Biorę za to pełną odpowiedzialność. Wiem, że to było złe. Jest mi naprawdę przykro, ale zrobiłem to, aby wesprzeć żonę - wyjaśnił na łamach "Daily Mail", który w życiu przebiegł około 20 maratonów, w tym dwa w Londynie. Jego średnie czasy to około 3 godzin i 30 minut.

Na małżeństwo z Polski spadła olbrzymia fala krytyki. W mediach społecznościowych internauci domagali się dyskwalifikacji, nawet dożywotniej. "Dziewięć odmownych odpowiedzi w ciągu dziewięciu lat. To niesamowicie frustrujące. Przyszły rok to moja ostatnia szansa" - żalił się jeden z nich, bo chętnych do wzięcia udziału w londyńskim maratonie jest dużo więcej niż miejsc. Trzeba mieć szczęście w loterii - uczestników się losuje.

- Ludzie zachowują tak, jakbyśmy popełnili poważne przestępstwo. Traktują nas gorzej niż sportowców przyłapanych na dopingu - oświadczył pan Piotr. Zaznaczył, że medalu za ukończenie maratonu nie odebrał.

Szost: takie rzeczy zdarzają się

Henryk Szost, polski maratończyk, rekordzista kraju na tym dystansie (2.07:39), o przestępstwie mówić nie chce.

- Oczywiście takie zachowania należy piętnować. Drukowanie czy kserowanie numerów startowych nie jest fair wobec organizatorów, którzy inwestują, ale również chcą zarobić na pakietach i wobec ludzi, którzy chcieliby uczestniczyć w takiej imprezie - tłumaczy w rozmowie z eurosport.pl.

- Zachowanie tej pary było żenujące, do tego biegli obok siebie. Totalna głupota, biorąc pod uwagę dzisiejsze czasy, gdzie praktycznie każdy robi zdjęcia. Jeśli chodzi o organizatorów, nie ma to żadnego znaczenia. Jeden zawodnik w perspektywie kilku czy kilkunastu tysięcy to nawet nie jest kropla w morzu. Nie ma żadnego wpływu na prestiż czy finanse imprezy, ale piętnowanie to środek zapobiegawczy, bo płynie jednoznaczny sygnał: jeśli ktoś zdecyduje się taki krok, nagłośnimy to - dodaje.

Szost uważa, że wobec Polaków organizatorzy wyciągną konsekwencje, ale incydent go nie zaskakuje. - Takie rzeczy, niestety, zdarzają się. Także w maratonach odbywających się w Polsce. Słyszałem o kserowaniu numerów albo o dołączaniu gdzieś z uliczki. Oczywiście są to incydentalne zdarzenia, ale mają miejsce - zaznacza rekordzista Polski w maratonie.

Pani Monika wyznała w "Daily Mail", że z mężem na razie nie biegają. - Mieliśmy wiele planów startowych, ale w tej chwili trudno myśleć o czymkolwiek - skwitowała.